środa, 14 października 2015

Od Zuzi

  Wróciłam do domu z badań. Nie mogę podjąć już leczenia, mój rak jest teraz wszędzie. A zanim dotrze do mózgu minie miesiąc. Czyli tyle mi zostało. I nie jest mi dane zobaczyć się jeszcze ze Scottem.
  Nikogo nie było w domu, jestem sama. Zaczęłam więc robić z nudów masę jedzenia. To naleśniki, to jakieś desery lodowe, nie miałam co ze sobą zrobić. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Miałam nadzieję, że to będzie Cassidy.
  Podbiegłam do drzwi ślizgając się na lśniącym parkiecie i otworzyłam drzwi przegryzając truskawkę. Spojrzałam na osobę stojącą przede mną.
-Derek? - zdziwiłam się. - Wejdź, proszę.
  Wszedł, a ja podbiegłam do pilota który leżał na stoliku w salonie i wyciszyłam muzykę. Derek niepewnie wszedł do środka jakiś taki zmarnowany.
-Napijesz się cz...
-Jestem tu na chwilę... - wyprzedził mnie.
-Ach... no... no dobrze... coś się stało?
-Wiesz... Em... Ja w sprawie Scotta...
  Spanikowałam, gdy usłyszałam jego imię. Byłam na nie uczulona, nie chciałam rozmawiać na temat Scotta choćby nie wiem co się działo.
-Przepraszam Derek, ale ja nie mogę...
-Daj mi skończyć...
-Jeśli chcesz o nim rozmawiać możesz już wyjść..
-Co? Ale o co ci chodzi?
-Po prostu wyjdź. Nie przychodź tu jeśli masz rozmawiać o Scottcie.
-Błagam, daj mi tylko powiedzieć jedną rzecz.
-Nie. - szepnęłam - Proszę, wyjdź stąd. Proszę. Nie chcę o nim słyszeć ani słowa.
-Czemu?
-Ostatnie dni chcę spędzić w miarę normalnie. Nie chcę być smutna niż teraz jestem.
  Derek zrezygnowany wyszedł. Na pytanie o jakie ostatnie dni mi chodzi... nie odpowiedziałam nic. Poszłam do pokoju i włączyłam muzykę.

  Po chwili znów ktoś zapukał do drzwi. Zdenerwowana wyłączyłam muzykę i cisnęłam pilotem na kanapę. Myślałam że to Derek... niech się odczepi! Nie chcę gadać o Scott'cie! Po co? Skoro i tak niedługo mam umrzeć, to...
  Zaskoczona spojrzałam na Iwa, stojącego przed drzwiami.
-Witaj Zuza. - uśmiechnął się.
-Co ty tu...
-Przyszedłem odwiedzić swoją przyjaciółkę. Na ploteczki... Mogę? - spytał a zaraz potem wszedł do domu.
-Ładny masz dom. Duży... Twoi rodzice sporo chyba zarabiają...
-Em...
-Nie bój się mnie, co ci mogę zrobić?
-Jeszcze się pytasz...?
Spytałam go patrząc się na niego zła ale i w szoku.
  On nagle rzucił się na mnie w takim tempie... Nie wiedziałam na początku co się dzieje. Serce waliło mi niemiłosiernie... Nie pozwolił mi krzyczeć, zakrył ręką moje usta a ja zacisnęłam zęby.
-Ciiiśśś... spokojnie Zuziu...
-Nie chcemy żeby ktokolwiek usłyszał twój krzyk...
  Nagle do domu wszedł tata. Iwo puścił mnie i staliśmy tak, jakbyśmy normalnie rozmawiali. Tata uśmiechnął się do nas dziwnie i spojrzał na mnie pytająco.
-Dzień dobry. A to kto? - popatrzył na Iwa.
-Jestem przyjacielem pańskiej córki. Miło mi.
  Iwo spojrzał na mnie i oczy zmieniły mu się momentalnie na czerwony. Uśmiechnął się i pożegnał się chowając swoją twarz, po czym wyszedł.
 Byłam w szoku... KIM ON JEST?!

Od Scotta




Nigdy nie zastanawiałem się jak to będzie gdy... No cóż. Może jednak trzeba było się zastanowić nad tym choć przez chwile? Jakoś to przemyśleć.. może wtedy bym wiedział co robić...


Szedłem wraz z Derekiem i jego kumplami ciemnym korytarzem podziemi. To tej nocy mieliśmy zrealizować nasz wielki plan. Tej nocy miało się wszystko udać.
Nie wiedziałem że tak silnie będę odczuwał miejsce położenia mojego ciała. Prowadziłem moich towarzyszy lecz oni mnie nie widzieli. Jak więc wiedzieli gdzie ide? Gdzie jestem? To było trochę skomplikowane. Wiedzieli to dzięki niewielkiemu urządzeniu. Wyczuwało moją obecność.
Na razie nie napotkaliśmy żadnych demonów i to było podejrzane. Było tu zdecydowanie za spokojnie. Czułem że moi towarzysze się z tego powodu martwią. Obawiają się zasadzki. Moja "duchowa intuicja" podpowiadała mi coś jednak tego nie rozumiałem.
Skręciliśmy w prawo. Już było blisko. Nagle zaatakowało nas trzy demony. Mi nic nie robiły bo wiedzieli że i tak mnie nie unieszkodliwią a naparli na moich towarzyszy. Derek walczył zawzięcie tak jak jego koledzy. W pewnym momencie Derek kiedy zabił jednego z demonów podbiegł w moja stronę i powiedział.
-Idziemy Scott!!!
Wiedziałem o co mu chodzi. Nie mogliśmy zwlekać. Nie mieliśmy czasu na to. Jego towarzysze zajmą sie demonami a potem do nas dołączą. 
Biegliśmy korytarzem. Parę razy skręcaliśmy aż wreszcie dobiegliśmy do właściwych drzwi. 
Zatrzymałem się. Derek od razu zorientował sie że to to miejsce. Otworzył ciężkie drzwi i weszliśmy do środka. Ja pierwszy. Na pierwszy rzut oka okazało się puste. Tylko na środku pokoju stał metalowy stół na którym leżało moje ciało a obok niego półka i telewizor który pokazywał jak bije moje serce. Po chwili jednak zobaczyliśmy demona. Podszedł do mojego ciała.
-Czekałem dość długo. Nie spieszyliście się.-odparł. 
-Lepiej sie poddaj.-powiedział Derek.
-Jesteś niczym.-odparł demon do niego-Tak jak teraz Scott. 
Podszedłem parę kroków bliżej do niego.
-To nic ci nie da.-powiedział demon.-To wszystko na nic. 
-Przegrałeś.-odparłem. 
Tylko demon mnie słyszał. 
-Ja przegrałem? Nie. 
Zamachnął się i wbił jakiś dziwny sztylet prosto w moje serce. W moje ciało. Derek rzucił się na niego jednak to było na nic. 
Poczułem mocne i bolesne ukucie w sercu. Opadłem na kolana... (jako duch). Ciężko oddychałem. A po chwili przestałem. Podniosłem głowę i zobaczyłem ekran telewizora. 



Derek ze złością i rozpaczą w głosie przebił demona. Kiedy martwe ciało które okupował demon leżało już martwe w kałuży krwi Derek podszedł do mojego ciała. 
-Przepraszam Scott.. nie dałem rady.. zawiodłem Cię.. po raz kolejny. 
Wstałem z kolan i podszedłem do niego. Położyłem mu rękę na ramieniu. 
-To nie twoja wina.
-To moja wina.
Oboje byliśmy zaskoczeni. Spojrzał na mnie. 
-Scott? Widzę Cię?
-Nie długo.-powiedziałem tak.. nie wiem czemu.. tak czułem po prostu.
Przytulił mnie.
-Wybacz. 
-To ty mi wybacz.
-Czy jest coś co mógłbym jeszcze dla ciebie zrobić? Tym razem nie zawiodę.
-Pochowaj mnie.. nie chcę by Zuzanna wiedziała o mojej śmierci. To ja załamie. Jednak przekaż jej że po prostu nie mogę teraz przy niej być i żeby mi obiecała że będzie sie leczyć. Przypilnuj tego. Chcę by była szczęśliwa.. najlepiej.. wymaż jej mnie z pamięci. Nie chcę by cierpiała. Chcę by była szczęśliwa i zdrowa. 
-Dobrze..-miał łzy w oczach..
Po chwili chyba już mnie nie widział bo zamknął oczy i westchnął a po policzkach spłynęły mu łzy. 
Stanąłem obok. A więc gdzie jest to białe światło? Czy pójdę teraz do nieba czy do piekła? A może nigdzie?
Nic sie nie stało.. stałem tak.. więc będę wiecznie tułał sie jako duch? A może mam jeszcze coś niezałatwione? Oby Zuzanna żyła.. 

sobota, 10 października 2015

Od Zuzi

  Poszłam spotkać się z Cassidy. Wyszłam ze szpitala, byłam na badaniach jak posuwa się moja choroba. Lekarze mówią, że jest ze mną coraz źle, mam ostatnią szansę na to, by się leczyć. Ale przecież... czy to coś da?Nie.
  Cass właśnie zrobiła prawo jazdy. Nadal nie wiedziała o mojej chorobie. O tym cholernym raku płuc. Bo tak się składa, że właśnie mój rak rozprzestrzenia się wszędzie. Jak dojdzie do mózgu - to będzie koniec.
  Idąc ulicą w stronę domu mojej przyjaciółki usłyszałam za sobą kroki. Przeraziłam się, ale nie odwróciłam. Serce biło mi szybciej, cała drżałam. Znów powróciły wspomnienia z tamtych nocy, gdy Iwo chciał mnie zgwałcić, gdy zostałam w końcu pobita, zgwałcona na ulicach Berlina.
  Po chwili zorientowałam się, że stoję pod domem Cassidy, a mężczyzna idący za mną minął mnie w pośpiechu.
  Odetchnęłam z ulgą.
-Hej! Patrz! To moja nowa bryka! - wskazała na całkiem nowe, srebrne bmw.
-Niezły. - uśmiechnęłam się nerwowo.
-Coś nie tak?
-Nie,nie... jest okej.
-Wsiadaj. Jedziemy się przejechać po ulicach między tymi wielkimi cudownymi lasami.

  Jechałyśmy w milczeniu. Sama nie wiem dlaczego... może po prostu nie miałyśmy o czym gadać? Albo ja jej nie słuchałam, ignorowałam ją. Myślałam o wielu rzeczach...
  Nagle samochód w środku lasu stanął. Otrząsnęłam się i spojrzałam pytająco na przyjaciółkę.
-Co jest? - spytałam.
-No...
-Nie mów, że zapomniałaś zatankować do końca... - uśmiechnęłam się szeroko a ona zawstydzona milczała. - Wariatka! - zaśmiałam się.
  Wysiadła z samochodu i złapała się za głowę. Ja wysiadłam za nią. Próbowałam ją uspokoić, ale ona coś gadała o tym, że nie wie co teraz zrobić, przepraszała mnie za błąd, a ja tylko się śmiałam co jeszcze bardziej ją wyprowadzało z równowagi.
-O! Ktoś jedzie. - spojrzałam na drogę.
-I co z tego?! - wrzasnęła zła.
-Pomogą nam. - odparłam i poszłam w stronę zbliżającego się samochodu.
  Zatrzymał się. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Wyglądali podejrzanie, od razu cofnęłam się przerażona. Uraz został już wyryty w mojej pamięci...
  Cass zauważyła moje zmieszanie i przerażenie, więc mimo tego, że ona też miała niemiłe przeżycia z tamtymi czasami, podeszła do mężczyzn.
-Pomogą nam panowie? Prosiłabym... benzyna się skończyła...
-Jasne. - odpowiedzieli bez wyrazu.
  Podejrzane.
  Sięgnęli po linę i zawiązali ją na haku i pociągnęli nasz samochód. Cass odetchnęła z ulgą.
-Dziękuję! Nareszcie!
  Według mnie nie powinnyśmy były wsiadać do samochodu obcych mężczyzn. Ale Cass zawsze była niezależna, nie myślała o konsekwencjach. Po takich przeżyciach co ostatnio powinna się była nauczyć czegoś nowego. Ale widocznie nic to nie dało.
  Pojechałyśmy pod dom Cassidy. Ja poszłam od razu do domu spłoszona.
  W domu było pusto, a za to przed nim stał jakiś znajomy facet. Dopiero później zesztywniałam gdy dojrzałam, kto to jest.
  Iwo - we własnej osobie - stał przed drzwiami domu i patrzył na mnie z pożądaniem w oczach. Nienawidziłam go całym sercem, gardziłam nim. Ale bałam się go. To było to coś co przewyższało wszystko. Sparaliżowało mnie. Stałam jak wryta.
-Myślałaś, że zniknę? - uśmiechnął się a ja byłam po prostu w szoku.
-Odjęło ci mowę Zuziu? Słodka Sus... - dotknął mojego policzka a ja nie spuszczałam z niego wzroku.
  Nie miałam odwagi nic zrobić.
-Jeszcze się zobaczymy, moja kochana. - szepnął mi na ucho i pocałował w policzek.
  Odszedł.
  Nie mogłam się otrząsnąć. Strach zadziałał na mnie jak paraliżujący jad węża.

wtorek, 6 października 2015

Od Scotta

Akurat pojawiłem się przy Zuzannie kiedy z niewiadomych mi względów wygoniła cały personel i rodziców z sali. Co się stało? Zobaczyłem że środki uspakające zaczęły działać. Usiadłem obok niej.
-Dlaczego nie chcesz kochana podjąć leczenia?-zapytałem jednak wiedziałem że mnie nie słyszy.
-Durni rodzice! Co oni sobie myślą?! To mój wybór!
-Zuza prosze.. Podejmij dobrowolnie leczenie... Jak się uda i wróce do ciała już nigdy Cię nie zostawie chyba że ty tego będziesz chciała.
-Scott gdzie jesteś?-szepnęła poczym zasnęła.
Miałem ochote krzycześ że jestem obok.. że jestem przy niej mimo wszystko jednak to nie miało większego sensu. I tak mnie nie usłyszy...
Wpadłem na głupi i ryzykowny pomysł. Wiedziałem że to może się źle skończyć... Jednak musiałem jej dać znać że jej nie zostawiłem. W szufladzie był zeszyt i długopis. Wyrwałem kartkę i napisałem na niej.
"Zuza podejmij leczenie. Proszę. Kocham Cię. Scott"
Położyłem ją tak że od razu po obudzeniu ją zobaczy. Oby tylko się nie wściekła że "ją odwiedziłem a nie poczekałem na to jak się obudzi". Bo co innego sobie pomyśli? Nie wie przecież że jestem jako duch cały czas przy niej.
Coś mnie w pewnym momencie zaciekawiło. Pewna postać idąca korytarzem. Wyszedłem i przyjrzałem się niej. Cholera! Podbiegłem do niej.
-Kim jesteś?!-zapytałem.
Kobieta spojrzała się na mnie zaskpczona.
-Widzisz mnie?!-zapytała.
Wtedy zrozumiałem już wszystko.
-Tak. Umarłaś?
-Tak. -westchnęła załamana-Miałam wypadek... A potem.. Obudziłam się stojąc nad swoim ciałem w kostnicy.
-Przykro mi.
-A tobie co się stało?
-Ja em.. Zapadłem w śpiączke.
-Ale żyjesz?
-Jeszcze tak ale umieram. A świadczy o tym to że cię widze.
Tak. Widzenie umarłych świadczy o tym że na prawde już ze mną coraz gorzej. Derek mnie o tym ostrzegał. Musiałem się do niego dostać.
-Przejdź na drugą strone.-powiedziałem kobiecie poczym teleportowałem się do Dereka.

***

-Widzisz umarłych?
"Tak"napisałem na tablicy w którą zainwestował najwyraźniej Derek.
-To nie dobrze. Dziś w nocy wraz z paroma kumplami mam zejść w podziemia.
"Jak myślisz uda się?"
-Nie wiem. Mam taką nadzieje. Będzie nas sześcioro. Ich będą dziesiątki.
"Mogę wam jakoś pomóc?"
-Będziesz nas prowadził do twojego ciala.
"Dokładnie nie wiem jak tam dość"
-Będziesz wiedzial. Dusza zawsze wie gdzie jest jej ciało i co się z nim dzieje.
"Mam u ciebie dług"
-Jestem twoim opiekunem. Nie powinienem był do tego w ogóle dopuścić.
"Zaufałeś mi i daleś mi wolną ręke"
-I to była najgorsza rzecz jaką zrobiłem.
"To była moja wina. Lecz nikt nie mógl przewidzieçz nas że tak się stanie"
-Ja powinienem.
"Nie obwiniaj siebie a teraz odpoczywaj. Czeka nas noc przygód"
Teleportowałem się do Zuzanny. Oby dziś się wszystko powiodło.

Od Zuzi

-Zuzanno...
-Nie chcę podejmować leczenia.
-Niestety, nie masz jeszcze osiemnastego roku życia i decydować musi rodzic. Sprawdziliśmy twój stan zdrowia, twoją kartę pacjenta... Ktoś zmienił twój wiek w karcie. Dziś sprawa się wyjaśniła, ale muszę się zapytać. Czy to ty zmieniłaś...
-Tak, to ja. - mruknęłam zła. - To ja zmieniłam datę mojego urodzenia.
-Dlaczego? - spytał tata.
-Bo do cholery ja chcę decydować!
-Masz szanse wyzdrowieć...
-Nie mam. Sam lekarz mi mówił.
-Który?
-Taki młody, chyba miał na imię Michael.
-Nie mamy lekarza o imieniu Michael... - zmrużył oczy.
-Ale tak mi się przedstawił...
-Nie ważne! Doktorze, co mamy zrobić?
-Podejmijcie za nią  decyzję. - powiedział lekarz.
  Spojrzałam się nienawistnie na ojca czekając na odpowiedź.
-Podejmujemy leczenie...
-CO!? - Krzyknęłam.
-Sus...
-Nie! Nie dotykajcie mnie! Chcę być sama!
-Środek uspokajający. - nakazał lekarz i wstrzyknął mi lekarstwo.
-Pierdolcie się wszyscy. Wynocha! - krzyknęłam. - Nie chcę żeby ktokolwiek mnie odwiedzał. Nie będę przyjmować lekarstw.
-Zuziu...- zaczął tata.
-WYJDŹ STĄD!
  Wyszli. Zostałam sama.

(Mi też telefon pada, więc krótkie! :D)

poniedziałek, 5 października 2015

Od Scotta

Siedziałem przy łóżku Zuzanny. Bałem się o nią tak jak o nikogo innego nigdy w życiu. Przecież jeśli ona umrze to dla mnie życie straci sens! Wtedy marne będą starania bym wrócił do ciała bo nawet jak się uda nie mógłbym żyć bez niej! Była ostatnią bliską mi osobą! Swoich prawdziwych rodziców nie znałem.. Mojej przyszywanej rodzinie.. no cóż po tęsknili by za mną aż potem został bym tylko wspomnieniem. Jednak dla mnie nigdy Zuzanna nią stałaby się wspomnieniem. Życie bym za nią oddał...
I właśnie w tym momencie naszła mnie myśl! Teleportowałem się do Dereka. Planował nadal zdobycie mojego ciała. Zadzwonił em dzwoneczkiem który specjalnie kładł obok siebie bym go powiadamiał że jestem przy nim.
-Tak Scott?
Podniosłym długopis i napisałem na kartce "Czy dałoby rade poświęcić swoje życie za osobę chorą nieuleczalnie?!"
-Emm no tak ale chwilą co ty planujesz?!
"Zuzanna umiera. Moje życie bez niej i tak nie ma sensu"
-Scott to...
"Powiedz mi jak mam to zrobić"
-Nie wiem czy to...
"Proszę"
-No dobrze jednak obiecaj mi że najpierw wrócisz do swojego ciała.
"Zuzanna umiera z każdą chwilą. Pośpiesz się że zdobyciem go a poczekam".
Teleportowałem się do Zuzanny.
Już nie spała. Był u mniej lekarz. Rozmawiali.
Moje obawy się sprawdzały. Jeśli ona umrze to i ja ... dlatego oddam za nią życie zanim ona umrze.

(Krótkie bo muszę oddać tablet a w tel mi bateria padła.. Do pisze coś wieczorkiem :* )

sobota, 3 października 2015

Od Zuzi

  Przyjaciółka usiadła obok mnie z uśmiechem i spojrzała się prosto w moje oczy. Była tak radosna, że sama nie wierzyłam, że to Cass. Od porwania była smutna, zła, bała się wychodzić... coś mi nie pasowało.
-Co taka szczęśliwa? - spytałam bez emocji.
-Widziałam się z twoim bratem! Jest nadal tak nieziemsko przystojny... uwielbiam z nim spędzać czas! Wiesz, że zaprosił mnie do kina? A! No i...
-On ma narzeczoną. - przerwałam jej.
-Jak to? - zająknęła się.
-Nie powiedział ci. - parsknęłam. - No tak,tak. Ma narzeczoną... jest wredną suką, ale ma klapki na oczach... a...
-Jak to nic mi nie powiedział... - westchnęła smutna i zaszokowana zaczęła nerwowo kopać nogami w piasku. - A...a...a-ale... kino! Zaprosił... mnie...!
-Może po prostu z grzeczności?
-Jesteś okropna!
-Bo widzę prawdę i jestem szczera?
-Co z Tobą?! - krzyczała na mnie a ja ignorowałam to.
-Nic. Po prostu staram się mówić prawdę.
-Ale nie musisz być szczera do bólu! Możesz mnie wspierać!
-Jak zakłamana ''prawdziwa'' przyjaciółeczka która mówi same superlatywy? Śmieszne. Chcesz takiej zakłamanej przyjaciółki?
  Machnęła ręką i wstała. Ruszyła przed siebie.
  Ja siedziałam na ławce. Poczułam zimny podmuch, taki sam jaki czułam od jakiegoś czasu. Coś mnie tknęło, ale nie w jakiś specjalny sposób. Po prostu przypomniałam sobie o Scott'cie.
  Przyjaciółka zatrzymała się, odwróciła na pięcie i spojrzała na mnie. Stała na końcu placu zabaw, wpatrywała się we mnie tak dłuższy czas mrużąc oczy, które drażniły promienie słoneczne.
-Zapomniałam okularów... - mruknęła odgarniając swoje brązowe włosy na bok.
  Uśmiechnęłam się lekko i zdjęłam z głowy swoje okulary przeciwsłoneczne. Podeszłam do Cass i podałam jej moje.
-Wampir. - uśmiechnęłam się a ona wzięła ode mnie okulary.
-Powiedz mi, co się z Tobą dzieje? Milczałaś od kiedy wróciłaś do miasta...
-Nic. Po prostu czułam potrzebę samotności i tyle.
  Poszłyśmy do mnie, jednak nie przewidziałam sytuacji, że mój dwudziestoletni brat będzie obściskiwał się z dziewczyną o trzy lata starszą, czyli swoją cholerną narzeczoną na kanapie. Zła nachyliłam się nad nimi i zaczęłam obleśnie mlaskać, wprawiając ohydne  gołąbki w obrzydzenie. Oderwali się od siebie a moja przyjaciółka Cass tylko spojrzała na mojego brata ze łzami w oczach.
  Nieszczęśliwie zakochana... współczułam jej.
-Cassidy! - zawołał mój brat i zostawił mnie ze swoja narzeczoną.
  Pobiegł do kuchni za przyjaciółką a ja usiadłam obok znienawidzonej wiedźmy ze złośliwym uśmiechem.
-Wiem, że mnie nienawidzisz... - zaczęła.
  Znów poczułam ten sam zimny powiew wiatru. A potem jakbym przypomniała sobie Scotta. Zignorowałam to. Przywykłam do myśli, że nie wróci. A to dobrze - i tak nie zmieniłby mojej decyzji o zaprzestaniu leczenia. Umrę, a moja choroba zostanie tajemnicą.
-Nie to, że nienawidzę... - zaśmiałam się. - Widzisz... ja ciebie szanuję, ale nie akceptuje. Szanować szanuję tylko ze względu na mojego brata, ale smutno mi, bo zakochał się w dziewczynie która powinna zasiewać pole, pasać krowy, ewentualnie, po jej stroju sądząc, pracować w burdelu. Mój braciszek nigdy nie miał gustu, szczęścia do dziewczyn, ani za grosz inteligencji. A teraz przepraszam, ale moja przyjaciółka potrzebuje kopa w dupę, bo inaczej pobije mojego brata.
  Wstałam i poszłam do kuchni. Beatrice - właśnie ta pechowa narzeczona - została w salonie na kanapie z rozdziawioną gębą nie mogąc wydusić z siebie słowa. A ja - dumna z siebie - poszłam do kuchni zobaczyć czy mój brat ma jeszcze oczy, głowę, a także inne części ciała. Ale gdy weszłam oni stali patrząc sobie w oczy, nie mogąc oderwać od siebie wzroku. Cassidy gdy zobaczyła mnie kątem oka speszyła się i minęła mnie w przejściu. Wyszła bez słowa z domu, a ja spojrzałam na Alexa wyczekując odpowiedzi.
-No co? - spytał zakłopotany.
-Podoba ci się Cass?
-Jest... ładna... - kręcił, mącił, ale mu nie wychodziło. - Ale...
-Ale ty kręcisz. - zaśmiałam się.
-Ale kocham Beatrice.
-Ona w niczym nie dorówna Cassidy.
-Ale ja kocham Bea. I zamknij się. - wyszedł zły i poszedł do swojej ''ukochanej'' żmii.
  Ja poszłam do pokoju. Idąc po schodach straciłam grunt pod nogami i zemdlałam. Spadłam ze schodów, czułam ogromny ból, usłyszałam wołanie brata a potem ciemność.

Od Scotta

Nie byłem teraz przy Zuzannie. Gdzie byłem? U Dereka. On może będzie wiedział jak mnie przywrócić!
Tylko cholera...on mnie też nie widział! Wściekły zrzuciłem doniczkę. Wtedy sie spojrzał. W rozsypanej ziemi napisałem swoje imię.
Zdziwiony rozejrzał się.
-Scott?
Starłem swoje imię i napisałem "tak".
-Jeśli to ty to powiedz mi coś o czym wiemy tylko my.
Zastanowiłem sie chwile. Co to może być? Hmm...
Już wiem! Wypisałem na ziemi parę cyfr. "50790".
-Scott dlaczego jesteś duchem bądź niewidzialny?
Napisałem "Demony".
-Ok... jesteś duchem?
"Tak"
-Gdzie jest twoje ciało?
"Podziemia"
-Demony go pilnują?
"Tak".
-Więc chcą Cie zgładzić.
"Wiem"
-Nie wiesz jak wrócić do ciała?
"Myślałem że ty mi pomożesz"
-Nie do końca dobrze myślałeś.
"Jak to"
Nic nie rozumiałem. On mi nie pomoże?
-Widzisz inne duchy?
"Nie?"
-To jeszcze nie jest tak źle. Ale już nie długo będziesz stał po tamtej stronie jedna nogą. Nie mamy za dużo czasu. Nie oddalaj sie za bardzo... i nie naruszaj za bardzo mojej prywatności. Ja idę odzyskać twoje ciało. Potem pomyślimy co dalej.
Wyszedł z domu a ja znikłem.
Pojawiłem sie przy Zuzie. Siedziała na huśtawce. Usiadłem na drugiej obok. Nie widziała mnie ale spojrzała sie w moją stronę.



Przez chwilę myślałem że mnie zobaczyła ale patrzyła na coś za mną.. Zobaczyłem jej przyjaciółkę. Przywitały się a jej koleżanka usiadła na huśtawce na której ja siedziałem. To było dziwne uczucie jak przeszła przeze mnie. Ona też to poczuła bo zrobiło jej sie zimno. Stwierdziłem ze nie będę naruszał ich prywatności i odejdę na chwile. Potem jeszcze wrócę do Zuzy.

piątek, 2 października 2015

Od Zuzi

  Poszłam do tego cholernego lekarza. Mama panicznie bała się wizyt u lekarzy i nigdy nie było jej ze mną na wizytach kontrolnych w sprawie mojej tajemniczej choroby. Poszłam więc sama z denerwującym ojcem.
  Traktował mnie jak kalekę. Wszyscy mnie tak traktowali. Wypisałam się ze szkoły, bo nie mam po co zajmować miejsce w collage'u. Szybko dostałam ten świstek papieru a potem pojechałam do lekarza.
  Pan Richard szybko mnie przyjął, obok lewego obojczyka podał mi znieczulenie. Po chwili poczułam tylko szczypanie. Zrobił mi niewielką dziurkę by mógł włożyć tam taką rurkę, która pobiera mi krew i sprawdza wiele rzeczy związane z płucem. Działa to w tym samym czasie, takie rzeczy są dla ludzi którzy są bardzo chorzy.
-Już dobrze. - poklepał mnie lekarz po moim ramieniu.
  Spojrzałam się na niego i uniosłam brwi.
-Chce mnie pan klepnąć w tyłek? - spytałam, a mój ojciec zdębiał i spojrzał się na mnie a potem na lekarza.
-Słucham? - wydusił z siebie dr. Richard. - Skąd!
-To niech pan do mnie nie mówi, jakbym była koniem. - powiedziałam i wstałam z łóżka uciskając wacik na otwór po ssaku.
  Wyszłam z gabinetu lekarza i skierowałam się z ojcem do wyjścia. Szpital był ogromny, był pełen ludzi i lekarzy. Ja jeździłam do szpitala dziecięcego, bo nie mogli przyjąć mnie inni lekarze skoro mam już swojego w szpitalu dziecięcym. Już wcześniej chorowałam na swoją chorobę, dlatego musze tu chodzić.
-Zuzia?! - usłyszałam głos mamy - Czekajcie na dole! Zaraz tam zejdę!
  Mama zeszła z górnego piętra do mnie i taty. Ojciec nie był zachwycony jej obecnością, to było widoczne gołym okiem.
-Przepraszam, że się spóźniłam... był ogromny korek...
-Mamo, wiem, że boisz się lekarzy i tylko kłamiesz.
-Zuziu... - uspokajał mnie tata.
-A ty co? Zamknijcie się. Nie potrzebuję was. Tylko mi przeszkadzacie. Dajcie mi spokój.
  Ruszyłam przed siebie i wyszłam ze szpitala. Spotkałam się z radosną Cassidy. Ciekawe, co ma mi do powiedzenia...?

czwartek, 1 października 2015

Od Scotta

Powoli wszystko w sprawie Zuzy do mnie docierało. Będąc tak blisko, przy niej mimo iż ona o tym nie wiedziała. Coś jej dolegało. Była na coś chora. Słyszałem jak w swoim pokoju będąc na pozór sama (no mój duch się liczy czy nie?) powiedziała że nie chce podjąć leczenia. Nie. Nie mogłem na to pozwolić. Musiałem jej dać jakiś znak.. Jakiś jej przekazać że źle robi i że ją bym chciał by podjęła leczenie. Ale jak to zrobić?
Przypomniał em sobie pewien film. W nim tak samo był duch który chciał przekazać swoje ostatnie słowa ukochanej. Pisanie tego na kartce nie wychodziło... Ale to mu a czy że mną będzie tak samo?
Zobaczyłem! Na stoliku kartki. Wziąłem długopis i napisałem na kartce swoje imię.
Zuza leżała na łóżku to nie mogła zwrócić uwagi tu... Tak po prostu. Musiałem więc coś zrobić. Zastukałem parę razy w okno. Udało się! Wstała i podeszła do okna. Zdezorientowana już miała odejść od okna kiedy zobaczyła kartkę. Podniosła ją! Zadziałało!!!!
-Scott? Był tu? Co to za żarty?!
Wyjrzała przez okno. Miała widok na mój dom i okno do mojego pokoju.
Po kręciła głową i wyszła z pokoju a mnie ogarnęła nagła ciemność...

Nic nie widziałem. Jednak po chwili dostrzegłem łóżko. Coś na nim leżało. Podeszłym bliżej i zobaczyłem siebie...
To było dziwne. Byłem blady, oczy miałem zamknięte otoczone sinymi cieniami. Usta miałem blado szare. Wyglądał em jak trup. Jednak od czasu do czasu widziałem jak unosi mi się klatka. Jeszcze żyłem. Jeszcze. To kwestia czasu kiedy moje serce się zatrzyma a wtedy będę na zawsze duchem... albo mój duch umrze pierwszy. Zastanawiał em się czy istnieje możliwość bym wrócił do swojego ciała. Musiałem poszukać jakiegoś sposobu. Musiałem to zrobić dla Zuzy....

środa, 30 września 2015

Od Zuzi

  Siedziałam na drzewie tak dobrą godzinę a potem gdzieś w głębi lasu usłyszałam wołanie.
-Zuza!!! Boże... Zuza gdzie Ty jesteś?!
-Zuzia!!!
-Cholerna rodzinka się znalazła. - szepnęłam. - naprawdę chciałabym Cię zobaczyć Scott... - szepnęłam.
-Boże... Zuza! Idę po ciebie! - krzyczał brat.
-Wal się. - odkrzyknęlam.
-Odzywaj się do brata! - mówi ojciec.
-Sram na to. - westchnęłam.
  Zeszłam z tego drzewa na ziemię zdenerwowana reakcją swojej rodziny jakbym była nędznym młodzikiem, małym ptaszkiem który nie umie latać a wzbił się na sam szczyt by wyfrunąć choć na chwilę z klatki... a oni nic nie rozumieją i wszystko psują.
  Brakuje mi szczęścia na które juz nie mam najmniejszych szans. Brakuje mi Scotta przy którym pewnie ukrywałabym chorobę ale byłabym szczęśliwa nawet w swojej cholernej chorobie.
  Mój brat był ze swoją narzeczoną... której Nienawidziłam. Mój brat jest realistą, jako jedyna osoba w tej rodzinie coś osiągnął. W sensie... ma dwadzieścia dwa lata i juz założył firmę nawet nie starając się za bardzo na studiach choć tam ma wybitne osiągi. Wstydzi się nas, naszej rodziny, dlatego nie chce nigdzie z nami chodzić, na przyjęcia czy do restauracji. Kiedyś tak wychodzilismy a teraz wszystko się sypnęło. Przez moją chorobę wszystko jest źle.
- Co tam Zuza? - spytała narzeczona brata gdy weszłam do domu.
  Nie odezwałam się, tylko spojrzałam na tę sukę jakbym chciała ją zabić a wtedy wszedł mój brat.
- Ooo... widzę, że się polubiłyście. - skomentował brat.
- Cholernego masz pecha, Alex. - powiedziałam i ruszyłam do swojego pokoju.
  Potem wszedł tata mówiąc mi ze lekarz chciałby mi przestawić sytuacje postępu choroby. Zgodziłam się ten ostatni raz na wizytę u lekarza... ale i tak nie zacznę leczenia. Umrę.

wtorek, 29 września 2015

Od Scotta

Szukałem ich. Demonów. Jechałem właśnie busem do miejscowości skąd mnie porwali. Kiedy wreszcie dojechałem do hotelu w którym mieszkałem zacząłem łapać trop. Po dwóch godzinach udało mi się dotrzeć do wielkiem willi. Wszedłem do środka. Było ich tu pełno! Oni mnie widzieli.
-Witaj Scott. Jak tam sie jeszcze żyje?
-Co mi zrobiliście?!
-Odrobina współpracy ze Śmiercią. Chcesz zobaczyć swoje ciało? Mamy je w piwnicy. Ale nie na długo. Śpierć planuje je wyrzucić do najgłębszego miejsca w oceanie. Ale nie martw się. Twoje dni i tak są policzone. Teraz jesteś czymś w rodzaju ducha. Poza ciałem długo nie przeżyjesz. Będziesz coraz słabszy... Jeśli tylko w twoim ciele będzie biło serce. Jeśli twoje ciało umrze pierwsze będziesz mógł żyć w takiem postaci wieki. Ale jeśli twoje ciało będzie żyło to twój duch poza nim długp nie przeżyje a wtedy ty znikniesz poczym twoje ciało umrze. Tak czy siaknie wrócisz do ciała a jeśli nie sprawisz że twoje serce stanie na zawsze.. Długo jako duch nie pociągniesz. Wybór należy do ciebie.
Teleportował mnie gdzieś. Do jakoegoś lasu. Na początku nie wiedziałem gdzie jestem.. I w oge ale kiedy nagle dostrzegłem Zuze na drzewie już nic nie było ważniejsze od tego że ją zobaczyłem. Wspiąłem się do niej. Kiedy już byłem obok niej żałowałem że nie może mnie zobaczyć. Usiadłem pbok niej i ją przytuliłem a ona tylko zachowała się tak jakby zawiał chłodniejszy wiatr...

Od Zuzi

  Siedziałam w fotelu przyglądając się jak mama wpatruje się we mnie z szerokim uśmiechem. Jednak mi wybaczyła błędy przeszłości... albo udaje, bo jestem chora...
-Może Ty jej przemówisz do rozsądku...
-A co jest? - spytała zdziwiona mama - Coś nie tak?
  Spojrzała na ojca jakby chciała go zabić samym wzrokiem. Nienawidzi go, a mój ojciec jej... tylko co takiego mogło się stać między nimi? Zresztą co mnie to.
-Jest chora na...
-Tato! - krzyknęłam zła.
  Poderwałam się z krzesła.
-Musiałem jej powiedzieć to twoja matka!
-Mam to w dupie. Wychodzę.
  Wściekła wybiegłam z domu ignorując fakt, że nie wolno mi się przemęczać.  Poszłam lasu, nie wolno mi się oddalać ani nigdzie samej chodzić ale chciałam się przejść. Siedziałam na wysokim drzewie i patrzyłam przed siebie.  
  Tęsknię za Scottem...
  Za dawną zdrową sobą...
-Tu nie jestem już chora. - patrzyłam w górę. Pogoda była cudowna. - Mogę tu zostać, zamieszkać, zbudować domki z drewna, uprawiać warzywa... żyć od tej całej chorej zatrutej cywilizacji... gdyby był tu ze mną Scott... mógłby ze mną tu zostać... na tym drzewie...
  Dzwonił mój telefon ale nie odbierałam. Zignorowalam wszystko wylaczylam telefon i siedziałam na tej gałęzi i marzyłam... chciałam, żeby Scott wrócił...

Od Scotta

Sporo się pozmieniało. Nie zawarłem paktu z Christianem. Na własną rękę szukałem Zuzy. Dziś rano obudził mnie telefon. Dzwonił tata.
-Hallo tato? Coś się stało?
-Twoja przyjaciółka Zuza wróciła. Własnie był u mnie jej tata.
-Co?! Zuza jest w domu?!
-Tak..
-Wracam do domu.
Rozłączyłem się i wstałem.
Kiedy już wychodziłem z pokoju hotelowego w drzwiach wpadło na mnie 4 facetów. No... Ludźmi oni nie byli co wyczułem od razu.
Rzuciłem jednym z demonów o ścianę. Reszta przygwoździła mnie zaraz do ściany. Długo nie czekałem. Jako że hybrydą byłem już dłuższy czas opanowałem już wszystkie zdolności prawie do perfekcji.
Przemieniłem się w wilkołaka. Rzuciłem demonami jak najdalej po czym ukucnąłem i zawarczałem. Byłem gotowy zabić ich nawet własnymi zębami. To znaczy ich obecne ciała. Wampir i wilkołak w jednym. Przeciwnik nie tak łatwy do pokonania.
Już ruszyłem w ich stronę kiedy całe moje ciało przeszył ból. Upadłem na kolana i straciłem przytomność.


Obudziłem sie na ulicy. Dokładnie na ławce. Nie wiem gdzie byłem. Co tamci mi zrobili? Wstałem i podszedłem do pierwszego przechodnia. 
-Przepraszam może mi Pan powiedzieć jaka to miejscowość?-zapytałem jednak facet ominął mnie po prostu jak ducha. 
Podszedłem do starszej Pani.
-Przepraszam powie mi Pani jaka to miejscowość?
Nic.
Dotknęłam jej ramienia a ta poprawiła sobie szczelniej płaszcz tak jakby nagle zrobiło jej sie chłodno po czym odeszła. 
-Co jest?!
Zobaczyłem sklep na przeciwko. Tam na pewno mnie nie zignorują. 
Kiedy przechodziłem na pasach przez ulicę omal nie wjechał we mnie samochód. Tak jakby mnie w ogóle nie widział. 
Przechodząc obok okna zobaczyłem że... a raczej nie zobaczyłem swojego odbicia! Co jest?! Wszedłem do sklepu.
-Przepraszam jaka to miejscowość?
Ekspedientka nawet na mnie nie spojrzała. Musiałem coś sprawdzić. Podniosłem pierwszą rzecz z szafki.
-Ja sobie to wezmę.-powiedziałem po czym wyszedłem ze sklepu. 
Nic.. nawet nie zwróciła uwagi że ukradłem coś. 
Co jest grane? 
Szedłem prosto chodnikiem nie wiedząc co zrobić. 






Nie wiedziałem gdzie jestem ani co sie ze mną stało. Pierwszą moja myślą było to że umarłem i jestem duchem.. no ale raczej nie prawda? 
Musiałem dostać sie do domu.. 


poniedziałek, 28 września 2015

Od Zuzi

  Siedziałam w kuchni patrząc na siebie w odbiciu ekranu swojego telefonu który dostałam od taty. Tamten stary wyrzuciłam. Tata wszedł do kuchni kierując się do lodówki. Uśmiechnął się do mnie i wziął kubek kawy a potem przysiadł się do mnie.
-Byłem u taty Scotta...
-Kto to Scott? - spytałam mrużąc oczy.
-Jak to... Zuzia, to nie jest śmieszne. - zaśmiał się i tknął mnie w ramię.
  Ja jednak byłam poważna. Patrzyłam się pytająco na ojca czekając na wyjaśnienie.
-Nie żartuję, w ogóle... o co chodzi? Jaki Scott?
-Susa... nie pamiętasz...? Nic...? Mieszka tuż obok...
  Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem kto to.
-Wpadnie twój starzy brat... ale wcześniej jedziemy do lekarza.
-Mówiłam, że nie chcę wizyt u lekarzy ani leków.
-Ale to nie jest normalne, że zapominasz kim jest.
-To mój gwałciciel?
-Słucham?!
-Ach... tato...
-Dobra... Sus... nie ważne... nie ciągnijmy tego. Poznasz go, podobno wraca dziś po południu.
-Mam to gdzieś. - westchnęłam.
-Jesteś inna...
-Może właśnie zdałam sobie sprawę że mam niewiele czasu i może lepiej przygotować na to wszystkich? Mam nadzieję, że nikomu nic nie rozgadałeś o mojej chorobie.
-Nikomu. Przysięgam... ale...
-W dupie mam twoje ale. Idę do pokoju.
  Ruszyłam przed siebie po schodach i wzięłam karton. Pozrywałam ze ścian wszystkie zdjęcia, wrzuciłam do pudełka wszystko co było przeszłością.
  Do pokoju wszedł tata.
-Co robisz?
-Sprzątam śmieci.
-Śmieci? Jeśli tego nie chcesz, ja to wezmę.
  Wzięłam do ręki zdjęcie z Hiszpani sprzed dwóch lat.
-Miałam wtedy piętnaście lat. Wtedy pierwszy raz gwizdnął na mnie chłopak. Zrobiłeś zdjęcie na pamiątkę pierwszego gwizdu.
-Pamiętam. - uśmiechnął się głupkowato.
  Kretyn a nie ojciec.
-Wyrzucam to co chcę.
  Wzięłam swoje sukienki i spojrzałam przez okno gdy poczułam dziwny zapach. Wzięłam kartony i poszłam przed siebie.
-Gdzie idziesz?
-W sąsiednim ogrodzie jest ognisko.
-I co?
-Spalę to co mam spalić.
  Bez słowa przeszłam przez niewielkie ruiny starego, ogrodowego muru Ternerów i podeszłam do beczki w której paliły się gałęzie i jakieś rzeczy. Wrzucałam tam po kolei swoje zdjęcia i inne rzeczy. Na końcu miały pójść te piekielne sukienki których nigdy nie chciałam zakładać.
-Kto tam?! - wyszedł z garażu jakiś wysoki chłopak.
  Zamurowało go.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że używam twojego ognia do spalenia tych śmieci. - westchnęłam i wrzucałam kolejne zdjęcia.
-Zuza...?
  Spojrzałam po raz kolejny na chłopaka.
-Skąd znasz moje imię?
-Nie pamiętasz mnie...? Nie rób sobie jaj... Jestem Scott... Zuza... martwiłem się...
  Przytulił mnie nagle a ja byłam totalnie zaskoczona.
-Hej,hej! Nie wiem nawet kim jesteś!
-Straciłaś pami... Christian... cholerny...
-Co? Straciłam...?
-Da się ją przywrócić...
-Nie wiem o co ci chodzi, jesteś dziwny. - uśmiechnęłam się słabo.
-Co ci się stało?
-Zadajesz baaardzo dużo pytań. - parsknęłam.
-Przypomnij sobie mnie... proszę... - spojrzał mi w oczy i dotknął mojej dłoni.
  Zemdlałam momentalnie.

  Otworzyłam oczy. Przede mną zobaczyłam... Scotta...
-Żyjesz...? - spytał Scott a ja rzuciłam się na niego.
-Jesteś... - szepnęłam.
-Co się dzieje? Czemu ścięłaś włosy?
  Przypomniało mi się...
  Chemioterapia... ta magiczna błyskawiczna chemioterapia dla tych chorujących ciężko dzieci. Ta tajemnicza formuła... czyli... jest ze mną źle..?
  Milcz i ani słowa więcej, Zuzanno! - pomyślałam.
-A tak jakoś... - szepnęłam. -A co? Wyglądam jak jakiś paź? - zaśmiałam się nerwowo.
-Kłamiesz...
-Nie. - wstałam, a raczej pomógł mi wstać.
-Co się działo z Tobą?
-Porwali mnie... długa historia... a potem... pot... poteeem...em... - spanikowałam i zaczęłam drapać paznokciami skórę na rękach.
-Spokojnie, Zuzia... chodź. Opowiedz mi wszystko dopóki mnie pamiętasz...
-A nie pamiętałam...
-Nie.
-Jak to?
-Christian rzucił zaklęcie żebym się odsunął od ciebie.
-Jesteś wolny...?
-Powiedzmy.
  Usiadłam na krześle.
  Do domu weszła jego siostra.
-Kto to, Scott?
-To moja przyjaciółka, Zuzia.
-Hej. - uśmiechnęłam się do niej słabo.
-Czemu tak wygląda?
-Hah... to znaczy...?
-Taka blada i słaba?
-Właśnie, dlaczego?- poparł pytanie siostry.
-Ja pierwsza pytałam!!! - krzyknęła drocząc się z bratem. - Ale ty jesteś głupi... a ona ładna! To twoja dziewczyna!
-Zaraz cię złapię...! - dopadł ją i zaczął łaskotać.
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na nich.
  Jego siostra uciekła na górę wyzywając go, a gdy zamknęła się w swoim pokoju Scott usiadł naprzeciwko mnie i patrzył na mnie badawczo.
-Coś się zmieniło.
-Wiele rzeczy. - szepnęłam.
-Czemu masz siniaki na szyi? Czemu jesteś taka słaba, poobijana?
-Zgwałcono mnie w Berlinie gdy wyszłam z domu publicznego. Pracowałam tam, a raczej porwali mnie... Christian coś wiedział, a mnie wydał komuś z piekła by mnie wywieźli z dala od Ciebie żebyś myślał, że nie żyję.
-Tak myślałem...
  Niedługo tak będzie... - pomyślałam.
-Zgwałcono cię? Kto to był?
-Nie wiem... Scott...
-Tak...?
-Boję się... boję się wychodzić z domu... torturowali mnie w jakimś szpitalu czy jakiejś korporacji... Boję się... - zaczęłam płakać. - że znowu ktoś mnie zaczepi... i ... zacznie bić... rzucać mną jak... rzeczą... i...
  Scott wstał nagle i przeniósł mnie na fotel. Usiadł a mnie posadził na kolanach. Przytulił mnie mocno i pogładził po plecach delikatnie.
-Nigdy, ale to przenigdy cię nie opuszczę.
-Musisz...
-Co?
  Wstałam wycierając łzy.
-Musisz o mnie zapomnieć...
-Ale... Zuza...!
-Żegnaj...
-Czemu? Zuza!
-Nic mi nie przysięgałeś. Zapamiętaj tylko to. Znajdź sobie dziewczynę godną twojej uwagi. Żegnaj... Scott...
   Straciłam przytomność...

  Obudziłam się w łóżku. To był tylko sen... Nie straciłam pamięci... Cała rozmowa ze Scottem się nie odbyła... nie widziałam go jeszcze... nie wie, że tu jestem... chyba... Boże.. oszaleję...!

Od Zuzi

  Obudził mnie sygnał karetki i jakieś głośne szepty ludzi. Poczułam, jak ktoś mnie łapie, chciałam się bronić, wyrwać osobie która podniosła mnie i położyła na jakimś miękkim jakby... łóżku? W tle słyszałam stłumiony dźwięk aut, ruch ulicy i te same szepty ludzi. Chyba mnie skądś zabierali... tylko skąd?
  Nadal miałam zamknięte oczy, nic do mnie nie docierało. Byłam słaba, zmęczona i czułam się okropnie... Nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie.
-Co jej jest? Proszę pana! - usłyszałam znajomy głos - Proszę mi powiedzieć!
-Jest pani z rodziny? - teraz męski głos gdzieś w tle zaczął się oddalać.
-Nie, ale jestem jej przyjaciółką...
-Nie mogę udzielić pani żadnych informacji.
-Mogę jechać z wami?
-Może pani. Ale żadnych informacji nie mogę pani udzielić.
  Potem straciłam przytomność.
   Obudziłam się w szpitalu nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Ale tyle dobrego ze byłam daleko od tego domu publicznego. Na korytarzu stała Cassidy, widziałam ją z łóżka na którym leżałam.  Wiec była na miejscu zdarzenia... ale właściwie co się stało...?
   Wszedł do mnie lekarz z jedną pielęgniarką. Spojrzał na mnie a potem na pikające urządzenie którego nie mogłam zidentyfikować, ponieważ obraz mi się rozmazywał.
-To skutek uboczny leków jakie pani musiała dostać. - wyjaśnił widząc moje zdezorientowanie - Jak się pani czuje? 
  Chrząknęłam i spojrzałam się na lekarza. Podniósł wzrok znad jakiś kartek które skończył przeglądać i zaczął wgapiać się we mnie czekając na odpowiedź.
-Czuję się... dziwnie...Czemu mam trudności z mową...?
-Ma pani ślady na szyi, to oznaka podduszania. 
-Co się ze mną stało?
-Nie pamięta pani? - spytał zdziwiony lekarz.
-Nie... 
-Podano pani coś w jakimś napoju?Cokolwiek pani piła?
-Nie, byłam w mieście... a potem...
-Wszystko na to wskazuje, że została pani... zgwałcona...
-Proszę...?
-Ma pani ogromne sińce za szyi, cięcia na brzuchu a także rozbitą głowę. 
-Wiadomo kto to zrobił...?
-Nie... Ale nie może pani wyjść ze szpitala. A także zakazane jest w takim stanie zbyt dużo mówić. 
  Kiwnęłam głową a lekarz wyszedł coś notując.
  Cass wparowała do środka i złapała mnie za dłonie. 
-Wyjeżdżamy...
-Nie... nie... nie moż...emy... 
-Nic nie mów... wiem, słyszałam co lekarz mówił... spokojnie, moja mama jest lekarzem, pamiętasz?
-Tak... 
-Wszystko jest już dobrze. Zabiorę cię stąd. Wypisz się na własne żądanie. 
-Ale...
-Moja mama się Tobą zajmie. Wrócimy do domu, Zuzia. - uśmiechnęła się i przytuliła mnie.
  Miałam łzy w oczach. Nie wierzyłam, że jeszcze usłyszę '' wracamy do domu''. 
  
  A więc wypisałam się na własne żądanie. Lekarz przypisał mi leki bo mam podejrzenie o jakąś chorobę... aż szkoda o tym myśleć. Oczywiście lekarz poprosił o numer do rodziców, bo dopiero za tydzień kończę osiemnaście lat. Nadal jestem niepełnoletnia. 
  Wyszłam na zewnątrz a Cass z jakimś facetem poprowadzili mnie do domu. Bałam się każdego faceta który na mnie patrzył. Miałam już to w psychice co starałam się opanować... ale nie umiałam. To było silniejsze. 
-To mój tata Zuzia, nie pamiętasz? - spytała patrząc się na mnie.
-Nie... nic już nie pamiętam... chcę do domu...
-Już jedziemy Susanne. 
-Susanne? - spytałam patrząc się na zmieszanego tatę Cassidy. 
-Tak na Ciebie mówiłem jak byłaś mała... - wspomniał i wsiadł za kółko.
  Siedziałam na tylnych siedzeniach pod dwoma kocami. Byłam bardzo blada, osłabiona i cała w bandażach, plastrach i nafaszerowana chemią. Podawali mi lekarstwa gdy byłam nieprzytomna... Moja choroba może okazać się prawdziwa, ale na to trzeba czasu, co najmniej tydzień czy dwa. 

  Gdy zobaczyłam napis Villigemoon, wiedziałam, że to już mój dom. Podjechalismy pod mój dawny dom. Ciekawe czy mama mi wybaczyła... nie ma mnie z nimi przecież dobry rok... Wiele mogło się zmienić... mam nadzieję, że nadal mnie kocha i chce bym wróciła. Ciekawe, czy tata już wyleczył się z alkoholizmu...? 
  Wyszłam z samochodu a z domu wyszedł tata z kilku dniowym zarostem. Wyrobił się, zmienił... był wysportowany, dobrze ubrany, zupełnie jak nie on. Wyprzystojniał...
  Zamurowało go na mój widok. Ja stałam przed bramką i patrzyłam się na niego. Upuścił kubek z kawą i pobiegł do mnie. Padłam mu w ramiona tracąc siły. Wyściskał mnie, milion razy chyba patrzył na moją bladą, obitą twarz i szeptał '' moja kochana córeczka wróciła''. 
-Tatusiu... - szepnęłam ledwo co. 
-Jestem tu kochanie... już dobrze... - westchnął i pogłaskał mnie po głowie. - Dzięki Don... jestem twoim dłużnikiem... nie wiem... nie wiem jak... jak dziękować...
-Cassidy kilka dni temu dała mi znać... gdzie jest... gdyby nie to...
  Straciłam nagle przytomność.

-Córeczko... Sus...? - szeptał tata. 
  Leżałam na miękkim, nowym łóżku w swoim całkiem odnowionym, lepszym pokoju. Były na ścianach zdjęcia z dawnych lat z rodzicami i pocztówki, pamiątki i takie dam. 
-Tak się czasem dzieje tato...
-Dzwonił do mnie lekarz... dosłownie przed chwilą...
-Co mówił...
-Że jesteś chora na...
-Tato... 
-Musimy jeździć do lekarzy na badania... musisz brać leki...
-Nie chcę ich brać.
-Co? Ale przecież w przeciwnym razie choroba się pogorszy i... i...
-Wiem. Ale pozwól,że to będzie moja decyzja... choroba jeszcze się nie uaktywniła i nawet nie ma 100% pewności że na nią choruję. Poczekajmy tydzień do wyników... Gdzie mama?
-Rozwiodła się ze mną. 
-Co? 
-Kilka tygodni po twoim zniknięciu wzięła pozew... 
-Czemu?
-Od razu zacząłem cię szukać... ten Scott też zniknął, rozmawiałem z jego ojcem ale mówił, że to dorosły chłopak i dał mu szansę robić co chce... ale ja cię szukałem wszędzie... Twoja matka zaczęła popadać w obłęd, najpierw cię znienawidziła a potem tęsknota za tobą dawała się we znaki. Zamieszkała w San Fransisco. Nie wiem ,czy chcesz ją jeszcze widzieć...
-Chcę tylko nie teraz... nie dziś...
-Prześpij się. Ja pojadę na komisariat zawiadomić ich, że się znalazłaś.
-Przyjaźnisz się z ojcem Scotta?
-Tak... od kiedy zacząłem pracować w firmie i odnowiłem to co przerwałem kiedyś... spotkałem go a raczej to ja mu wjechałem w zderzak... 
  Słabo się uśmiechnęłam i przytuliłam go.
-Idź, ja się prześpię.
-Wpadnę też do ojca Scotta i powiem mu, że się znalazłaś...
-A Scott jest tutaj...? 
  Moje serce drgnęło tak silnie, że aż zabolało. 
-Był kilka dni temu a potem znów znikał. Ten chłopak zamknął się jakoś w sobie... 
  Posmutniałam, zamilkłam i poszłam spać. A raczej udawałam, że śpię by tata spokojnie wyszedł. Patrzył się na mnie nie móc odejść... bał się...że znów zniknę... 

piątek, 25 września 2015

Od Zuzi

  Już nie odróżniałam rzeczywistości od fikcji. Wszystko mi się mieszało. Zed robił mi przeróżne testy na reagowanie na Scotta. Pokazywał mi jego zdjęcia, które nie wiadomo jak pojawiały się z dnia na dzień, pokazywał mi jak mu jest beze mnie dobrze, a przynajmniej mnie zapewniał, że tak jest. Zaczęłam wierzyć we wszystko co mi mówili w tej tajemniczej korporacji. Co się ze mną działo?Nie wiem... Nie wiem czy jeszcze byłam w tym ciele dawna ja...
  Czułam pustkę. Zed wypalił ze mnie jakiekolwiek uczucia i torturami wymazał mi z pamięci miłość jaką darzyłam skrycie i szczerze do Scotta. Nie byłam przygotowana na takie coś... na zmianę, jaka mnie uderzyła... stałam się inna.
  Cassidy była jedyną osobą z którą mogłam jeszcze porozmawiać, być z nią. Stałyśmy się nierozłączne. W Berlinie wylądowałyśmy tydzień później. Testy działały na mnie tak jak przewidywał dr. Zed... Czyli miałam bać się ale i nienawidzić Scotta.
-Przecież Scott nie jest niczemu winny...
-Jest. Wszystkiemu jest winny.
-Zuza...
-Przestań! Nie drąż tematu. Zapomnijmy o nim. Nie lubię o nim mówić.
-Jesteś słaba... spójrz na siebie..Od tygodni nie patrzysz w lustro, czeszesz się tyłem do lustra...
-I co? - spytałam wzruszając ramionami - Nie rozdrapuj starych ran, proszę Cię.
-Zuzia...
-Milcz, proszę.
  Wyszłam z pokoju w którym teraz mieszkałyśmy. Pracowałyśmy w domu publicznym, jednym z najlepszych w Berlinie. Nie takie miałam plany na życie. Być dziwką? Ale zmuszono mnie do tego. Iwo zniknął, zaczął w Polsce poszukiwanie nowych dziewczyn. Nikt nie mógł im pomóc.
  Codziennie płakałam w poduszkę i myślałam jaka jestem, jak wygląda moje życie i że cały czas żyję w strachu. Raz na jakiś czas pozwalają nam wychodzić do miasta ale zawsze ktoś nas obserwuje czy nie uciekniemy. Jesteśmy jak w klatce...
  Wyszłam do sklepu wieczorem. Wiedziałam, że jeden z młodych ochroniarzy z The Beverly Hills (tak nazywał się dom publiczny w którym byłam więźniem) śledził mnie. Przyśpieszyłam kroku, on również. Zbliżał się. Był coraz bliżej mnie, przestraszyłam się, stanęłam i wzięłam głęboki oddech. Nikogo nie było na ulicy. Czułam, że ktoś za mną stoi. Złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w ciemną uliczkę zakrywając mi usta. Wyciągnął chusteczkę, była czymś nasączona. Przyłożył mi ją do nosa i zaczęłam wdychać dziwnie pachnący zapach z chusteczki. Traciłam oddech, świadomość i grunt pod nogami. Trzymałam się jeszcze jak najdłużej, wypatrywałam kogoś kto może przypadkowo przejdzie uliczką, ale nic z tego.
  Spanikowałam, moje serce stanęło, moje nogi stały się jak z waty, moje ręce zniknęły, nie czułam ich. Cała ja stałam żałośnie, zmieniając się w słup soli. Nic nie mogłam zrobić, dziwny zapach rozprzestrzeniał się we mnie jak jakaś dziwna zaraza, jak milion bakterii przejmowało moje ciało, każdą komórkę i przede wszystkim - mój umysł - który nadal walczył o tą cząstkę świadomości.
  Mężczyzna chwycił mnie mocniej, potem gdy zauważył, jak oczy same mi się zamykają... po prostu mnie puścił, uderzyłam głową o zimną, brudną i mokrą... betonową ziemię straciłam przytomność, moje ''gniazdka'' siadły, w wyniku czego straciłam ''światełko'' swojej świadomości.
  Obudziłam się na zimnej podłodze. Było pewnie rano, zaczęło się rozjaśniać. Nic nie pamiętałam, moja głowa krwawiła, pulsowała, pękała, rosła z bólu jaki odczuwałam. Nie mogłam się podnieść. Leżałam na zimnej betonowej ziemi gdzieś w ciasnej i ciemnej uliczce w Berlinie. Koszmar wrócił a wraz z nim cząstka mojej utraconej wcześniej świadomości.
  Co się stało?
  Nie umiem sobie na to odpowiedzieć, w mojej głowie jest ta czarna dziura, jak po wypadku, jakby ktoś tam coś wypalił. Otworzyłam ponownie oczy. Poraził je blask zapalającego się co kilkanaście sekund światła latarni ulicznej. Byłam cała we krwi, miałam dwa cięcia na brzuchu, byłam bez bluzki, leżała nieopodal. Część mojej bielizny również leżała gdzieś w rogu... Blisko mnie leżał telefon. Mój telefon.
  Przyczołgałam się do niego, choć wiele sił i bólu mnie to kosztowało. W środku myślałam, że eksploduję a na zewnątrz tylko żal i rozpacz.
  Nikt mnie pewnie nie pilnował z ochroniarzy. Zadzwoniłam do Scotta, a raczej posłałam mu wiadomość, bo tylko na to było mnie w tej chwili stać. Podświadomie jakoś tak do niego napisałam... teraz tylko on mógł mnie stąd wyciągnąć gdziekolwiek jest... chociaż tak bardzo się go boję i go nienawidzę..
Zadzwoniłam po karetkę, podałam adres, ledwo co mówiłam i ledwo co pamiętałam gdzie dokładnie jestem, na szczęście na murze była tabliczka z nazwą ulicy. Nie wiem czemu jestem słaba, co się stało... ale... wiem, że potrzebuję pomocy lekarza... kogokolwiek...

Od Zuzi

-Cassidy? Co Ty tu do cholery robisz? - wstałam z łóżka i spojrzałam na przerażoną przyjaciółkę - Chodź, jesteś cała lodowata! Ogrzej się...
  Okryłam ją kołdrą i zajęłam się przyjaciółką.
-Za...Zabrali mnie... Napadli... jakaś grupa chłopaków... wyskoczyła z samochodu i napadli na mnie... na moich rodziców... mama uciekła i zadzwoniła po policję ale mnie już nie było... zabrali mnie... tata leżał nieprzytomny...
-Cass... wyciągnę nas z tego koszmaru, obiecuję.
-Przysięgasz...?
-Tak. Ja zawsze dotrzymam słowa. - szepnęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
-Ja nie chcę tu być...
-Coś Ci złego zrobili?
-Nie. Ale pobili mnie. - spojrzała na moje dłonie i nogi - Ciebie też...?
-Tak, ale nie przejmuj się tym, zgoda?
-No... okej...
  Do pokoju wszedł Iwo. Miał w ręku tę samą broń, którą zawsze trzymał przy sobie. Uśmiechnął się do mnie i Cass. Objęłam ramieniem przyjaciółkę pokazując, że nie pozwolę jej skrzywdzić. Była mi jak siostra, w tym momencie wiedziałam, że muszę o nią dbać... nie ważne, za jaką cenę.
-Idziesz ze mną Zuz.
-Po co?
-Mamy niespodziankę dla ciebie.
  Przytuliłam przyjaciółkę, która złapała mnie mocniej gdy zaczęłam ją powoli puszczać. Posłałam jej spojrzenie, że wszystko będzie dobrze, że wrócę i wszystko będzie dobrze... że ona jest bezpieczna. Zadbam o nią tak jak powinnam.
  Wstałam z łóżka i poszłam z Iwem. Zeszłam na dół do piwnicy, której nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, przeszłam przez wielkie, stalowe drzwi. Ukazał się przede mną korytarz. Nie był jakoś specjalnie duży... weszło za nami dwóch uzbrojonych mężczyzn. Nie wiem czemu byłam obstawiona przez uzbrojone tajemnicze służby. Ale mieli czarne maski, jak z FBI. Ale po prawej stronie mieli dziwne napisy, może to jakaś tajemnicza korporacja czy coś?
  Iwo wyjął z kieszeni klucz i poszedł przed siebie, sześć kroków za nim poszłam ja wraz z dwójką ochroniarzy. Iwo włożył klucz do zamka, a następnie obok w ścianie wysunęła się klapa z jakby szablonem jakiejś dłoni. Iwo przyłożył swoją w to miejsce, światełko nad klapą zaświeciło się na zielono trzy razy, a wielkie, metalowe drzwi szybko wysunęły się i mogliśmy przejść.
  Piwnica zmieniła się w jakiś podziemny budynek. Ludzie w nim mieli czerwone oczy, czyli to były demony lub wampiry. Podejrzewałam bardziej demony. Iwo pchnął mnie dalej, gdy zatrzymałam się obserwując jakąś przeprowadzaną operację na człowieku, który nieprzytomny leżał na łóżku operacyjnym.
  Ubrałam jakby szpitalną piżamę, taka biała, przypominała coś na wzór starych czasów z wariatkowa... Aż mną wstrząsnęło. Poszłam przed siebie, gdzie prowadził Iwo. Weszłam do pomieszczenia, wyglądała jak sala przesłuchań na komisariacie policji. Usiadłam na wskazane miejsce przez dziwnego faceta w czarnym garniturze. Nagle z krzesła na którym usiadłam wysunęły się jakieś metalowe coś, co zablokowało moje ręce i nogi. Spojrzałam się przerażona na mężczyznę, a on spokojnie usiadł naprzeciwko, wyjął jakiś nieznajomy mi przyrząd, który położył po swojej lewej stronie i nacisnął guzik. Po kilku sekundach zadziałało to jak projektor, ale nie taki zwykły. Ten był w jakiś sposób magiczny, bo nie pokazywał obrazu na ścianie czy na jakimś płótnie, czy czymkolwiek. Wyświetlił jakieś cyfry, napisy, informacje, a potem moje zdjęcie które nie wiem kiedy było zrobione. To wszystko pokazywało się w powietrzu. Wpatrywałam się to w nieznane magiczne coś i w nieznajomego mężczyznę.
-A więc zgadzasz się na ten wywiad? - spytał mężczyzna - Nie bój się. Ja jestem Zed.
  Milczałam.
  Spojrzałam w prawo, za szybą stał Iwo z tamtymi ochroniarzami.
-Czy to jakieś przesłuchanie...? Ja nic nie zrobiłam...
-Chcę ci pomóc.
-Ale to oni mnie porwali...
-My cię ratujemy.
-Kim jesteście?
-To ja zadaję pytania, ty masz milczeć i odpowiadać gdy ci pozwolę.
  Wykonałam polecenie. Myśl o dobru Cass...
-Gdy zrobisz coś źle i nie będziesz współpracować, zapłaci za to twoja przyjaciółka Cassidy. Rozumiesz?
  Mówił bardzo spokojnie, jednak to nie działało na mnie kojąco. Kiwnęłam głową, że rozumiem i wpatrywałam się w trzydziestoletniego Zeda.
-A więc... wyjaśnię tyle, że zostałaś nam przekazana przez Christiana, pana śmierci. Pewnie się zastanawiasz... czemu? Ponieważ było to prostsze. Już do niego nie należysz. Oddał cię nam byśmy wmusili ci znienawidzenie pewnej osoby, którą znasz... nazywa się Scott...
-Nie mieszajcie go w to... błagam...
-Kochasz go? - spytał Zed.
  Milczałam.
-Pamiętaj co mówiłem. Musisz współpracować.
-Kocham.
-Wyobraź sobie, że gdy mówisz,że go kochasz czujesz takie coś...
  Nagle poraził mnie prąd, co potem przerodziło się w ogromny ból całego mojego ciała.
-Nie... ja go kocham...
-Współpracuj. Wtedy nie stanie się nic Cass.
-Ale Scott...
-Ech... Słoneczko... słodziutka Zuziu... pamiętaj, że Scott też za to zapłaci. Nie puścimy mu tego płazem.
-Jeśli... będę... was słuchać...?
-To nic mu się nie stanie.
-Dobrze...
-Pomyśl, że go nienawidzisz. Że gdy go sobie przypomnisz chcesz go zabić.
  Nie mogłam tak myśleć.
  Nagle poraził mnie prąd, ale milion razy mocniejszy a ból po tym był niewyobrażalnie silny.
-Nie chcemy Scotta. Pamiętaj, że on cię nie uratuje.
-Dajcie mi spokój...
-O nie,nie. Moja droga, to się dopiero zaczyna. - szepnął.
  Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech, a potem mnie zabrali gdzieś... znów do mojej przyjaciółki Cass...

piątek, 18 września 2015

Od Zuzi

  Kierowca który swoją drogą był ''szefem'' całej tej gromadki młodych ludzi którzy byli najwidoczniej na zawołanie samego diabła. I tak, tu mam rację. Oni sami są posłańcami piekieł - są demonami. My i cała nasza grupa ma nad sobą jakby nie możliwą do zniesienia tarcze, co utrudnia, wręcz uniemożliwia komuś o nadprzyrodzonych zdolnościach dowiedzieć się, gdzie aktualnie się znajdujemy. Ja już odpuściłam sobie wszelkie starania, coś we mnie po prostu pękło już miesiąc temu, gdy Christian wydał mnie tym ludziom. Siedem dziewczyn które były ze mną emanowały niepokojem i strachem, a także tęsknotą za rodziną i przyjaciółmi, swoim domem.
  Ja nie miałam nic, już dawno temu straciłam to co było moje. W sumie jestem jakby wrakiem człowieka. Teraz przekraczamy granicę. Tu zmieniają się zasady. W Niemczech na przykład zmieniają się o tyle, że jesteśmy nieosiągalni nawet dla Christiana. Śmierć oczywiście ma dobre układy z piekłem, ale i tak są takie a nie inne zasady, szanują się nawzajem. 
  Zrobiliśmy postój. Zatrzymaliśmy się w jakimś niewielkim domu. Wszystkie siedem dziewczyn musiało usługiwać całej piątce porywaczy. Iwo siedział wygodnie na masce samochodu towarowego, patrzył się na mnie pożądliwie. Braun, jeden z porywaczy, podszedł do Ivy i klepnął ją w tyłek, ona nic nie powiedziała, drgnęła tylko i nic nie mówiła. Ja miałam najlżejsze i najszybsze zadanie które co prawda specjalnie przedłużałam. Wieszałam zasłony na okna, tak kazała Lena. Była jedyną dziewczyną, ale przywiązywała wagę do wyglądu danego pomieszczenia w którym się zatrzymywaliśmy. 
  Spojrzałam na Iwa, nie spuszczał ze mnie wzroku. 
  Cholera. 
  Nie mogłam uciec, to było najgorsze co sobie w tym momencie uświadomiłam. W końcu Lena pogoniła mnie do pokoju, uderzyła kijem golfowym który trzymała w ręku i ze śmiechem patrzyła jak pobiegłam na górę zapłakana. Każda z nas siedziała w tym opuszczonym dopiero co domu, w jednym pokoju były po dwie dziewczyny, ja byłam z Ivy. 
  Pobiegła za mną. Usiadła obok mnie na łóżku i patrzyła się na mnie smutna, zmartwiona i przerażona. 
-Nie płacz...
-Widziałaś to?! Uderzyła mnie kijem golfowym! Oni są nienormalni... 
  Usiadłam naprzeciwko niej miętosząc w rękach poduszkę. 
-Będzie dobrze Zuza...
-Będzie dobrze?! - parsknęłam - Zabierają nas do Niemiec do Berlina do jakiegoś domu publicznego! Będą nas obmacywać niewyżyci mężczyźni, Ivy!
-Gabi jest zadowolona...
-Gabi jest seksoholiczką! I przy okazji jest tępa jak nie wiem co. 
-Uciekniemy stąd.
-Mam już siniaka na policzku, widzisz? - wskazałam na zaczerwienione, samo koloryzujące się już miejsce uderzenia. - Nigdy nie zejdzie...
-Kiedyś tam zejdzie. Zuza, musimy im zabrać telefon, zadzwonić...
-Mam swój, tylko,że wszędzie porozstawiali kamery, tylko nie w tym pokoju... ale...
-To bierz i dzwoń do kogoś!
-Boję się, na pewno policja nasz szuka.
-Szukać to na pewno szuka, chodzi o to, że trudno nam będzie tam przeżyć... wiesz... w tym Berlinie...
-Przestań o tym tak mówić pozytywnie bo oszaleję! - krzyknęłam i wybiegłam z domu.
  Trafiłam na Iwa, złapał mnie i ściągnął na dół do piwnicy. Zaczął mnie rozbierać, dobierał się do mnie a ja krzyczałam. W końcu wyrwałam się mu i kopnęłam go w czułe miejsce. Jęknął, ale szybko się podniósł i widziałam tylko jego czerwone, przepełnione złością i bólem oczy. 
  Kopał mnie, bił, rzucał... byłam jak worek treningowy. 
  Uciekłam ledwo co stając na nogi, zamknęłam się w pokoju i cała posiniaczona czekałam na przybycie swojej przyjaciółki Ivy... Drzwi się otworzyły, spojrzałam się w stronę wchodzącej Ivy, ale zamiast niej zjawiła się cała posiniaczona dawna przyjaciółka... Cassidy...

poniedziałek, 14 września 2015

Od Scotta

Minęły dwa dni odkąd rozmawiałem z nim. Byłem właśnie w tej starej katedrze. Derek nic nie wiedział. Gdyby sie dowiedział.. przetrzymał by mnie nawet wbrew mej woli. Dla niego liczyło sie tylko to by przytrzymać mnie przy życiu bym kiedyś kiedy byłbym wystarczająco silny zabił Śmierć i zajął jej miejsce.
Ale czy teraz kiedy stałem się hybrydą wszystkich nadnaturalnych istot.. nadal mogę zastąpić Śmierć?
Nie wiem.. dziś i tak zakończę to wszystko.
Nie czekałem długo.. p[o chwili sie zjawił.
-Masz jeszcze szansę się wycofać Scott.
-Nie skorzystam z niej.
-A więc dobrze.
Zrobił parę kroków w moja stronę.
-Nie. Najpierw chcę mieć dowody na to że Zuza jest wolna i szczęśliwa że twoje macki jej nie sięgają oraz nie dzieje jej sie krzywda.
-Podaj mi rękę a ci pokażę.
-Nie. Nie jestem głupi. Sztuczka umysłu i będę myślał że jednorożce istnieją a po ulicy biegają małe krasnale.
-Nie głupi jesteś.. Przydasz mi sie w zastępach.
-Najpierw zabierz mnie do Zuzanny. Porozmawiam z nią.
-Nie będziesz z nią rozmawiać.
-Jedno pytanie.
-Jakie?
Nie mogłem sie zawahać ani mieć chwili na zastanowienie jednak musiałem skłamać tak by sie nie domyślił.
-Czy na prawdę mnie kocha.
-A po co Ci to wiedzieć? I tak jej więcej nie zobaczysz.
-Chce tylko usłyszeć odpowiedź.
-Dobrze. Daj mi 24 godziny.
-Po co Ci tyle? Nie możesz mnie teraz do niej zabrać.
-Muszę przecież ją przygotować.. pozabierać wszystkie moje "macki" jak to sam powiedziałeś.
-Dobrze. Równo za 24 godziny w tym samym miejscu. Powiesz mi gdzie na jest.. ja nas teleportuje.
-Skąd pomysł że Ci zaufam? Przecież możesz nas teleportować gdzie chcesz na przykład w zasadzkę w której podstępem pozbawisz mnie życia i zajmiesz moje miejsce?
-Nie martw się.. nie mam tyle siły a żeby się jeszcze osłabić zranię się.
-24 godziny.. idź nacieszyć się wolnością..-i znikł.
Odetchnąłem głębiej. Wszystko dla Zuzy..

niedziela, 13 września 2015

Od Zuzi

  Christian był niebezpieczny i nieprzewidywalny. Teraz wszystko się okazało, teraz bałam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiem czemu Christian nie mógł pozwolić mi być przy nim skoro umowa była taka a nie inna... Pogubiłam się w tym wszystkim... Co się stanie ze Scottem? Martwię się o niego... Był taki porywczy przed moim odejściem... ciekawe, czy o tym wie? Czy wie, gdzie jestem...? Może myśli, że jestem wolna? Może to i dobrze...
-Zamknąć mordy! - usłyszałam głos Leny.
  Lena jest partnerką Louisa i Iwo. Ta grupka ma porwać i przewieźć młode dziewczyny do Niemiec lub Szwecji za grube pieniądze do klubów nocnych/domów publicznych. Ja jestem ofiarą, która została wydana przez Christiana w ręce tych właśnie ludzi.
  Dziewczyn było siedem, każda z nas miała od osiemnastu do dwudziestu jeden lat,ja byłam najmłodsza. Za dwa dni kończyłam osiemnaście.
  Ivy wstała z zimnej podłogi, ze swojego cienkiego koca na którym spała, krzyczała, prosząc o pomoc, a potem dostała w twarz od Iwo.
  Teraz siedzieliśmy w jakiejś opuszczonej szopie na odludziu prawdopodobnie za San Francisco. Nie wiem co i jak, czy ktokolwiek próbuje mnie szukać. Odebrali nam telefony, oczywiście ja swój odebrałam ze skrzynki w której był cały zbiór komórek. Nic nie zauważyli. Własnie je wyrzucają do pobliskiego rowu, pewnie dlatego, żeby żaden z rodziców czy kogoś z bliskich osób dziewczyn nie poszedł na policje, wtedy pewnie znaleźli by nas po analizie w jakim miejscu się znajdujemy czy znajdowaliśmy ileś tam czasu temu.
  Mój telefon miał jedną kreskę baterii, był starą nokią, którą dostałam tylko po to by komunikować się ze Scottem. Teraz wyłączyłam go by nikt mnie nie zdradził dzwoniąc do mnie.
  Zbieraliśmy się, wpakowali nas do środka mini ciężarówki wiążąc ręce i nogi, taśmą zaś zakleili nam twarze. Dziewczyny przerażone piszczały, krzyczały i nie dawały się złamać, jednak piątka naszych porywaczy tylko się śmiała (zjawił się jeden starszy mężczyzna, około pięćdziesięciu lat i drugi około trzydziestki).
-No,no, czeka was świetlana przyszłość. - zaśmiała się Lena.
  Katie, dziewiętnastoletnia, zgrabna swoją drogą dziewczyna wyglądała na słabą. Każda z nas była osłabiona, nie karmili nas prawie, a jesteśmy tu trzy dni. Zdążyłyśmy nauczyć się zasad by nie zostać pobitym czy co gorsza w sposób brutalny - ukaranym.
  Na mnie skupiał się trzydziestoletni, przystojny i wysportowany kapitan całego tego chorego pomysłu - Iwo. Może i był przystojny, ale dla mnie zawsze będzie widniał obraz Scotta. To co, że podobał mi się od kiedy przeprowadziłam się obok niego. Ale co ja zrobię? Nigdy bym nie podeszła do faceta. Nikomu o tym nie mówiłam... nawet swojej przyjaciółce Cassidy. Właśnie... ciekawe, czy ona również się martwi...?
  No i ruszyliśmy dalej.

  Postój zaliczyliśmy po trzech godzinach jazdy. Każda dziewczyna dostała swój posiłek, chociaż trochę, a ja nic. Widocznie Iwo coś na mnie szykował, a ja bałam się coraz bardziej. Może chcą mnie zagłodzić...?
  Na noc zatrzymaliśmy się w opuszczonej fabryce na jakimś polu. Wszystkie poszłyśmy się położyć spać, jak nam kazali porywacze. Spałyśmy na kocach i jakiś małych poduszkach. Nagle poczułam jak ktoś schodzi na dół po kamiennych schodach i zbliża się w moją stronę. Przestałam oddychać, wystraszona patrzyłam tylko przed siebie, czując za sobą czyjś oddech, słysząc kroki.
  Ktoś przesunął ręką po moim udzie idąc w górę, zatrzymał się przy moich piersiach. Nagle zakrył mi usta, a ja zaczęłam krzyczeć, a raczej próbowałam. Szarpałam się, on mnie uderzył tak, że rozciął mi wargę. Cała była zakrwawiona. Potem uderzył mnie w okolice oka, można powiedzieć, że w brew. Pojawiły się siniaki i krew.
  Ktoś zszedł na dół z latarką i ściągnął ze mnie, jak zauważyłam dopiero teraz - Iwa. Lena okrzyczała go, ale śmiała się ze mnie.
-Zgwałcisz ją później. - odeszła z Iwem na górę.
  Musiałam jakoś się stąd wydostać... tylko... jak...?

czwartek, 3 września 2015

Od Scotta

Dni mijały a ja czułem sie tak jakby zabrano mi sens życia. Derek był cały czas przy mnie... zmieniałem się. Powiedział mi że jestem teraz chimerą. Co to takiego? To taki miks wszystkich istot nadnaturalnych. Jestem wampirem, wilkołakiem, Śmiercią i jeszcze czymś tam czego nie ogarniam. Trochę sporo tego. Czułem pustkę w sercu. Zuza odeszła.. Nie mogłem tego znieść. Musiałem ja odzyskać. Jednak Derek kategorycznie zabraniał mi działać. Twierdził że muszę opanować to czym sie stałem i nadal staje. A ja nie chciałem być tym. Wolałem być normalnym człowiekiem z normalnymi ludzkimi problemami.
-I co teraz jako że jestem też wampirem to będę spał w trumnie w czasie dnia a w nocy latał po lesie jako wilkołak? -burknąłem.
-Nie. Wampiry nie śpią w trumnach jednak światło dnia będzie ci dokuczać. Nie będziesz biegał każdej nocy jako wilkołak ale pełnia będzie wyzwalać w tobie wilka. Oczywiście poza pełnią też będziesz mógł sie przemieniać. Będziesz nieludzko szybki, zwinny. Lepszy słuch, węch i wzrok. Jest sporo zalet ale i są wady.
-Ja widzę jedną.. największą. Nie jestem człowiekiem!
-Masz humorki jak baba. Taki sie naprawdę urodziłeś. Od przeznaczenia nie ma ucieczki.
-W takim razie nie powinienem się urodzić. Było by o wiele lepiej.
Derek pokręcił głową i wyszedł z pokoju... a raczej piwnicy która robiła za mój pokój.

Co zasnąłem to śniła mi się Zuzanna. Musiałem ją uwolnić. Za wszelką cene. Kiedyś Derek powiedział mi że jako następca Śmierci mam z nia silny kontakt mentalny.
Derek gdzieś wyszedł. Wyczułem to. Zamknąlem oczy i skupiłem się. Przeniosłem swojego ducha do miejsca gdzie był mój wróg.
-Scott nie spodziewałem się że mnie odwiedzisz jeszcze.
Zuzanny nie było w pobliżu.
-Chce zawrzeć z tobą pakt.
-Interesujące... Mów dalej.
-Ja za Zuzanne. Onna nie jest ci potrzebna. A ja jestem ciągłym zagrożeniem dla ciebie jako twój następca. Ty obiecasz że nigdy nie ruszysz Zuzy, zostawisz ją w spokoju. A ja oddam się w twoje ręce i odstąpie od zastąpienia twojego miejsca.
-Jesteś zabawny i głupi jednak szlachetny także.
-To jak?
-Jesteś gotowy podpisać cyrograf ze Śmiercią skazując siebie na wieczne potępienie by jedna dziewczyna.. Mogła byś wolna i szczęśliwa?
-Tak jestem gotowy.
-Za dwa dni w starej katedrze. Masz byś sam. Nikomu nic nie mów. Tak sie spotkamy. Równo o północy.
-Dobrze.
-Do zobaczenia szlachetny Scott'cie.
-Do zobaczenia...
Znikłem wracając do swojego ciała. Tak było lepiej... Poświęce się dla wyższego celu. I tak byłbym beznadziejną Śmiercią-chybrydą. A tak.. Przynajmniej zginę dla kogoś. Kogoś... Kto jest dla mnie ważniejszy niż życie. Dla Zuzanny.

niedziela, 30 sierpnia 2015

Od Zuzi

  Siedziałam z Derekiem w umówionym miejscu. Scott jeszcze spał, była szósta rano. A ja chciałam dowiedzieć się więcej od kogoś, kto ma na ten temat jakąkolwiek wiedzę.
-Powiedz mi więcej.
-Pytaj.
-Czy jakkolwiek Scott... może się zmienić...?
-Jeśli zbyt szybko będzie trenować i śmierć go w jakikolwiek sposób zrani... to zmiana będzie znacząca.
-Ale o co chodzi?
-Jego pożądanie będzie rosnąć.Christiana nie da się zabić, będzie jedynie w uśpieniu.
-Przecież mówiłeś, że da się go zabić.
-Tak, ale kontaktowałem się z Michaelem... jest po stronie śmierci ale udzielił mi kilka informacji na temat Christiana. Scott będzie jak spragniony wampir, będzie szukał na siłę kogoś z kogo będzie mógł wysysać życie bez możliwości przywrócenia danej osobie życia.
-Co masz zamiar zrobić?
-Nic. Czas pokaże.

  Czyli Scott jest niebezpieczny jeśli nie znajdzie umiaru swojej siły, pożądania które go niedługo nawiedzi, i napływu energii. Będzie się żywić złem,cierpieniem, życiem, szczęściem... wszystkim. Musi mieć do tego osobę.

  Ja zaczynałam się zmieniać, moje palce jakby obumierały, Christian był gotów do starcia między Scottem. A ja byłam gotowa iść z nim na to spotkanie.
  Staliśmy naprzeciwko siebie. Christian był wysokim facetem, a Scott ledwo co równał się z nim wzrostem.
-Jeśli zaboli za mocno, krzycz. - uśmiechnął się Christian do Scotta.
  Walka trwała nie długo, kilkanaście minut. Jednak Christian nawet nie użył swojej broni na Scotta, tej zatrutej. Był bez niej. Widocznie czuł się na siłach. Scott za wcześnie rozpoczął walkę ze śmiercią. Za łatwo by to przyszło, gdyby go pokonał na raz. A najwidoczniej Christianowi podoba się to, że on przegrywa i karmi się jego pechem. Choć Scott naprawdę emanował siłą i energią, teraz ją traci.
-Christianie! - zawołałam wchodząc pomiędzy rywali - Nie zabijaj go. Weź mnie.
-Ciebie? - zdziwił się.
-Nie! - wykrztusił Scott, jednak nie miałam zamiaru go słuchać.
-Wycofaj się Christianie, zanim masz szansę.
-Słucham? - parsknął.
-Wiesz, że gdy Scott przegra tę walkę odbierzesz mu energię, ale wprowadzisz tym samym w niego złą siłę.
-Ależ moja droga. Ta walka kończy się tylko i wyłącznie na przemianie Scotta w hybrydę. Skazanie go na wieczne utrapienie, cierpienie i pociąg do mordu ludzi, do ich krwi.
-Co...? - odwróciłam się w stronę słabnącego Scotta.
-Przemiana na razie będzie trwać kilka dni.
-Ale nadal jest następcą?
-Oczywiście. Tego nic nie zmieni. Ale będzie tak głodny, że nie będzie mógł tego opanować. A na dodatek dodałem trochę  akcji do mojego posunięcia.
-Co zrobiłeś? - warknął Scott podnosząc się z ziemi.
-Będziesz pragnął jej krwi po stokroć bardziej niż u innej osoby. - powiedział z uśmiechem.
-Więc... Scott będzie miał szansę to opanować... a Ty weź mnie w zamian za jego zycie.
-Czemu Ci tak na nim zależy? - spytał Christian.
-Bo...
  Zbliżył się do mnie i spojrzał w oczy.
-Mów prawdę i tylko prawdę gdy jestem w pobliżu.
  Chcąc nie chcąc wyjawiłam prawdę.
-Kocham go.
-Co? - wykrztusił Scott. - Nie możesz mnie kochać! Jestem potworem! Śmiercią, wampirem... hybrydą! Nie moż...
-Zamknij się, proszę. - nakazał Christian - Idziesz ze mną, Zuzanno.
  I mnie zabrał ze sobą.

środa, 26 sierpnia 2015

Od Scotta

Martwiłem się o Zuzę ale na szczęście na razie była bezpieczna.
-Scott zaczynamy?-zapytał Derek wchodząc do salonu.
-Tak.-odparłem.
-Co zaczynacie?-zapytała Zuza.
-Muszę nauczyć się opanowywać swoje moce by pokonać Śmierć.
Derek wziął z parapetu kwiatka i postawił go na stole przede mną.
-Wyciągnij rękę i zabierz mu życie.-odparł Derek.
Zrobiłem tak jednak kwiatek nadal żył. Jakie było nasze zaskoczekie kiedy nagle zaczął rozkwitać... Tak jakbym tchnął w niego więcej życia.
-Niesamowite. Zamoast zabrać mu życie ponogleś mu odżyć.
-To mi nie pomoże przy zabiciu Śmierci-odparłem iskupiłem się na odebraniu życia kwiatkowi.
Po chwili jego platki opadły a liście zaczeły więdnąć. Usechł.
-I o to chodziło-odparłem.
Chwile jeszcze się zastanowiłem i zabrałem rękę. Skupiłem się na kwiatku i tchnąłem w niego życie. Jego liście odżyły a kwiaty znów zakwitły.
-Niesamowite. Jesteś inny od Śmierci oraz innych Następców. Nie tylko odbierasz życie jak je też dajesz. Do dobry dar.
-Muszę zabić Śmierć a nie dać jej życie. -odparłem ponuro-Derek mówileś że Śmierć ma ostrze którym tylko może mnie zabić... Że jest nasączone w jakiejś truciźnie która tylko może spowodować moją śmierć. A gdybym się na nią uodpornił?
-To nie możliwe. Nawet w małej dawce może spowodować twoją śmierć. Mówiłem Ci... Nawet draśnięcie tym ostrzem przez Śmierć powoduje długą i bolesną śmierć.
-Cholera. Więc musze nauczyć się tak bronić by uniknąś tego ostrza.
-Tego się nie nauczysz. Zawsze Śmierć znajdzie sposób by cię nim zranić. Już lepiej dla ciebie jest by wbiła ci go w serce wtedy krócej byś umierał ale nadal w męczarniach.
-Scott nie chce byś z nią walczył.
-Muszę. Tak czy siak muszę się z nią zmierzyć.
-Ale nie musisz tak szybko.
-Muszę. Nie zmienię zdania.
-Zuzanna ma rację. Nie nauczę cię tego wszystkiego w ciągu tak krótkiego czasu.
-Dziś Śmierć przysłała mi mentalnie wiadomość. -wypaliła Zuza.
-Co?! -zapytał Derek.
-Powiedział że Scott ma 48 godzin by się u niego stawić...
-A więc mamy mało czasu. Nie marnujmy go na rozmowy tylko Derek musisz mnie wyszkolić.
-To nie możliwe! Za mało czasu!
-A więc sprawmy by to było możliwe. Zaczynajmny.
Oboje, Derek i Zuza byli niezadowoleni z mojego planu ale nie mieli nic do gadania. Podjąłem decyzję. Zdania nie zmienię.

*Godzina 2*

Umiałem już może nie doskonale ale odbierać życie rośliną. Teraz chciałem ćwiczyć na większych istotach.
Derek przyniósł mysz którą kupił w zoologicznym.
-Zabij ją.
-To nie humanitarne!-zaprzeczyła Zuza.
-Nie martw się. Przywrócę jej życie.
-To będzie wymagało od ciebie więcej energii.-powiedział Derek.
-Dam rade.
Wziąłem myszkę w ręce i przymknąłem je. Zamknąłem oczy. Mysz po chwili przestała się ruszać. Położyłem ją w klatce. Była martwa. Uśmiechnąłem się a myszka po chwili wstała i spojrzała się na mnie. Była znowu żywa.
-Jesteś coraz lepszy-odparła Zuza.
-Ale nadal za słaby by walczyć ze Śmiercią.
-O matko Scott!-powiedziała Zuza patrząc się na mnie.
Dotknąłem palcami nosa. Poczułem coś mokrego, miałem na palcach krew.
-Mówiłem że to będzie wymagało sporej energii.
Miałem zawroty głowy. Odetchnąłem głęboko.
-Potrzebny nam sppry pies. Czas zrobić większy krok.
-To cię zabije!-powiedziała Zuza.
-Podobno może zabić mnie tylko Śmierć.
-Ale możesz zapaść w śpiączke a wtedy będziesz już calkowicie bezbronny.
-Słyszycie?-zapytałem olewając to co mówili-Jakiś pies szczeka. Ide się z nim "pobawić".

*Godzina 3*

Znalazłem dosyć sporego pieska. Pogłaskałem go a on upadł martwy. Poczułem napływ energii. Derek kiwał glową kiedy dotknąłem psa by przywrócić mu życie. Kiedy to zrobiłem pies pomerdał ogonem i odbiegł. Zakręciło mi się w głowie. Upadłbym ale w ostatniej chwili złapałem równowagę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
-Scott?-usłyszałem Zuze.
-Nic mi nie jest.-odparłem idąc dalej.
-Gdzie idziesz?-zapytała Zuza.
-Muszę znaleźć coś większego.
-Idź od razu do zo i zabij słonia to będziemy mieć dwa trupy.-burknął Derek.
-Słoń? Dobry pomysł.

*Godzina 6*

Bylem już wyczerpany. Ćwiczyłem już na myszy, psie, koniu, krowie i byku. Taaa to troche zabawne. Wróciliśmy do domu. Postanowiłem zrobić sobie krótką przerwę.
-Jak się czujesz?-zapytała Zuza wchodząc do mojego pokoju.
-Nic mi nie jest.
-Kłamiesz. Widzimy to. Po przywróceniu ostatniemu zwierzakowi życia zemdlałeś.
-Nic mi nie jest.
-Odpoczywaj i daj sobie z tym spokój.
-Nie.
-Scott...
-Powiedziałem coś i zdania nie zmienie.

*Godzina 10*

-W końcu na prawde będziemy mieli dwa trupy.
-Czy coś mogłoby dać mu więcej energii?-zapytała Dereka Zuza.
-Tak. Kiedy odbiera życie.. Zyskuje energie ale traci ją kiedy oddaje życie.
-Ej ja tu jestem.-odparłem.
Jechaliśmy wlaśnie do zoo. Spodobał mi się pomysł ze słoniem.
-Scott proszę cię... To cię może wykończyć! Zapadniesz w śpiączke a wtedy Śmierć z łatwością cię zabije.
-Nie ppddam się. Mam jeszcze 38 godzin.. Niecałe.

wtorek, 25 sierpnia 2015

Od Zuzi

  Jesteś moja.
  T Y L K O moja. Wiesz o tym. 
  Zuza... nie ignoruj mnie. 
-Zostaw mnie. - szepnęłam. 
  Siedząc sama w pokoju słyszałam głos Christiana. Wiedziałam, że mnie chce, szuka mnie, ale nie może zlokalizować. Dzięki temu, że jest przy mnie Scott... lub po prostu to kwestia czasu zanim on mnie znajdzie. 
  Byłam bezsilna... można powiedzieć, że głupia, jeśli chodzi o te tematy związane z Christianem i tym wszystkim. Wstałam i otworzyłam z impetem drzwi prowadzące na korytarz... które rzecz jasna powinny prowadzić na korytarz. Ale... kiedy je otworzyłam, zobaczyłam jakiś ciemny tunel jakiegoś starego budynku. Ściany były zniszczone i stare. Przerażenie wzięło górę, czułam narastający niepokój, mogłabym krzyknąć, ale jeśli nie mam zwidów to gdyby ktoś był w ciemnościach tego mrocznego i przerażającego korytarza... ten ktoś mógłby przyjść, a idę o zakład, że nie byłby przyjaźnie nastawiony. Nikomu nie ufam, nawet sobie. Bo przecież... mój mózg może tworzyć nieprawdziwe obrazy, tak jak w tym momencie... prawda? 
  Nagle z ciemności wyłoniła się mała blond dziewczynka. Trzymała coś w ręku, patrzyła się na mnie ubrana w piżamę. Miała około siedmiu lat. Bałam się przekroczyć przez próg, więc stałam tak i patrzyłam się na dziewczynkę. 
  Przyjrzałam się bardziej.
-Zabiłaś moich rodziców. 
  Poczułam silny ból w sercu. 
  Nagle za dziewczynką stanął Christian. Złapał małą za ramiona i wbił jej coś w serce. Dziewczynka upadła martwa.
-Masz 48 godzin by Scott zjawił się u mnie. Inaczej... sam się zjawię i znajdę Scotta. 
  Zniknął.
  Ale korytarz nie. 
  Nagle poczułam że ktoś mnie łapie za ramiona. Krzyknęłam. Gdy mrugnęłam obraz się zmienił, nie było żadnego korytarza ani Christiana, żadnej dziewczynki... Był tylko Scott. 
-Dobrze się czujesz? Nie było z Tobą kontaktu...
-Wszystko dobrze. - odeszłam od niego. 
-Przepraszam...
-Nie masz za co przepraszać, Scott. Sama z tego wyjdę, wracaj do domu, nie chcę, żebyś mi pomagał. 
-O co ci chodzi? O ten pocałunek? Przepraszam!!
-Nie o to mi chodzi! 
-To o co?!Nie mogę cię zrozumieć!
-Nie chcę żebyś się w to pakował. Mogę twojego laptopa?
-To Dereka...
-Ma tam Skype?
-Po co ci?
-Chcę rozmawiać z przyjaciółką. 
-Ale...
-Proszę!
  
  Usiadłam sama na balkonie i postawiłam laptopa na stoliku. 
-Co z Tobą?!
-Cassidy... tęsknię...
-Gdzie jesteś? Byłaś w więzieniu... czemu nic mi nie mówiłaś?!
-Wypuścili mnie... błędne oskarżenia i tyle. 
-Płaczesz? 
-Bo wiesz... kojarzysz Scotta? - mówiłam ciszej. 
  Scott i tak siedział na dole. Dał mi trochę prywatności... 
-Ternera znają wszyscy. Zawsze go zauważałaś w sąsiedztwie, mówiłaś mi, że ci się...
-Cass!
-Przepraszam... Co z nim?
  Powstrzymywałam łzy.
-Zawsze chciałam do niego zagadać... wiesz... ale słyszałam, że się nie interesuje dziewczynami... jak wracałam do domu ze szkoły... nie mówiłam ci tego... nikomu nie mówiłam... boże...
-Co się dzieje? 
-Stało się już trzy miesiące temu... Bo wiesz... Michael... on... on mnie zgwałcił... od początku chciał ze mną być ale go odrzuciłam... potem zaczął się na mnie wyżywać, płaciłam za ''swój błąd''... teraz mnie zostawił w spokoju... ale wkopał w większe gówno... 
  -Co ty mówisz?! Czemu nie zgłosiłaś tego na policje?!
-Nie,nie... nie mogę... zaufaj mi.To było dawno. Poza tym zawsze był dziwny... zawsze... ech... Michael jest typem faceta, że jak coś chce to to dostaje...
-Boże... Zuzia...
-Muszę kończyć... 
-Nie doszłaś do sedna...
-Znajdź w tym sedno, na pewno wiesz o co mi chodzi. Czemu nawiązałam temat do Scotta.
-Był tam?!
-Nie, skąd...! Chodzi o mnie. 
  Zamknęłam laptopa i zniosłam go na dół kładąc tam gdzie był. 
  Na dole był mały bałagan, zaczęłam sprzątać. Przebrałam się wcześniej i otarłam łzy. Starałam się być normalna, ale zaczęłam widzieć przed oczami Michaela, jak mnie napadł z kolegami... potem...
-Wszystko w porządku? - spytał Scott po raz setny dzisiaj. 
  Chociaż ktoś się o mnie martwił. Szkoda, że to był właśnie Scott... nie potrzebnie mi pomaga. 
-Ale że co? Wszystko dobrze. - uśmiechnęłam się na siłę.
-Nie wydaje mi się... z kim rozmawiałaś?
-Mówiłam, z Cassidy. 
-Przepraszam za pocałunek...
-Scott - walnęłam książki na stół robiąc duży hałas - gdyby mi to naprawdę wadziło i przeszkadzało, nie chciałabym z tobą tu siedzieć i pewnie bym cię unikała. A tego nie robię. 
-Czyli... 
-Podobało mi się, tak.
-Nie to chciałem powiedzieć. - uśmiechnął się.
-Em... tak... to... ja może dokończę. To jedyna rzecz która zapełni mi czas...
  Nadal myślałam o złych wspomnieniach, złych ludziach, złej rzeczywistości i swoim beznadziejnym bezwartościowym życiu...