środa, 14 października 2015

Od Zuzi

  Wróciłam do domu z badań. Nie mogę podjąć już leczenia, mój rak jest teraz wszędzie. A zanim dotrze do mózgu minie miesiąc. Czyli tyle mi zostało. I nie jest mi dane zobaczyć się jeszcze ze Scottem.
  Nikogo nie było w domu, jestem sama. Zaczęłam więc robić z nudów masę jedzenia. To naleśniki, to jakieś desery lodowe, nie miałam co ze sobą zrobić. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Miałam nadzieję, że to będzie Cassidy.
  Podbiegłam do drzwi ślizgając się na lśniącym parkiecie i otworzyłam drzwi przegryzając truskawkę. Spojrzałam na osobę stojącą przede mną.
-Derek? - zdziwiłam się. - Wejdź, proszę.
  Wszedł, a ja podbiegłam do pilota który leżał na stoliku w salonie i wyciszyłam muzykę. Derek niepewnie wszedł do środka jakiś taki zmarnowany.
-Napijesz się cz...
-Jestem tu na chwilę... - wyprzedził mnie.
-Ach... no... no dobrze... coś się stało?
-Wiesz... Em... Ja w sprawie Scotta...
  Spanikowałam, gdy usłyszałam jego imię. Byłam na nie uczulona, nie chciałam rozmawiać na temat Scotta choćby nie wiem co się działo.
-Przepraszam Derek, ale ja nie mogę...
-Daj mi skończyć...
-Jeśli chcesz o nim rozmawiać możesz już wyjść..
-Co? Ale o co ci chodzi?
-Po prostu wyjdź. Nie przychodź tu jeśli masz rozmawiać o Scottcie.
-Błagam, daj mi tylko powiedzieć jedną rzecz.
-Nie. - szepnęłam - Proszę, wyjdź stąd. Proszę. Nie chcę o nim słyszeć ani słowa.
-Czemu?
-Ostatnie dni chcę spędzić w miarę normalnie. Nie chcę być smutna niż teraz jestem.
  Derek zrezygnowany wyszedł. Na pytanie o jakie ostatnie dni mi chodzi... nie odpowiedziałam nic. Poszłam do pokoju i włączyłam muzykę.

  Po chwili znów ktoś zapukał do drzwi. Zdenerwowana wyłączyłam muzykę i cisnęłam pilotem na kanapę. Myślałam że to Derek... niech się odczepi! Nie chcę gadać o Scott'cie! Po co? Skoro i tak niedługo mam umrzeć, to...
  Zaskoczona spojrzałam na Iwa, stojącego przed drzwiami.
-Witaj Zuza. - uśmiechnął się.
-Co ty tu...
-Przyszedłem odwiedzić swoją przyjaciółkę. Na ploteczki... Mogę? - spytał a zaraz potem wszedł do domu.
-Ładny masz dom. Duży... Twoi rodzice sporo chyba zarabiają...
-Em...
-Nie bój się mnie, co ci mogę zrobić?
-Jeszcze się pytasz...?
Spytałam go patrząc się na niego zła ale i w szoku.
  On nagle rzucił się na mnie w takim tempie... Nie wiedziałam na początku co się dzieje. Serce waliło mi niemiłosiernie... Nie pozwolił mi krzyczeć, zakrył ręką moje usta a ja zacisnęłam zęby.
-Ciiiśśś... spokojnie Zuziu...
-Nie chcemy żeby ktokolwiek usłyszał twój krzyk...
  Nagle do domu wszedł tata. Iwo puścił mnie i staliśmy tak, jakbyśmy normalnie rozmawiali. Tata uśmiechnął się do nas dziwnie i spojrzał na mnie pytająco.
-Dzień dobry. A to kto? - popatrzył na Iwa.
-Jestem przyjacielem pańskiej córki. Miło mi.
  Iwo spojrzał na mnie i oczy zmieniły mu się momentalnie na czerwony. Uśmiechnął się i pożegnał się chowając swoją twarz, po czym wyszedł.
 Byłam w szoku... KIM ON JEST?!

Od Scotta




Nigdy nie zastanawiałem się jak to będzie gdy... No cóż. Może jednak trzeba było się zastanowić nad tym choć przez chwile? Jakoś to przemyśleć.. może wtedy bym wiedział co robić...


Szedłem wraz z Derekiem i jego kumplami ciemnym korytarzem podziemi. To tej nocy mieliśmy zrealizować nasz wielki plan. Tej nocy miało się wszystko udać.
Nie wiedziałem że tak silnie będę odczuwał miejsce położenia mojego ciała. Prowadziłem moich towarzyszy lecz oni mnie nie widzieli. Jak więc wiedzieli gdzie ide? Gdzie jestem? To było trochę skomplikowane. Wiedzieli to dzięki niewielkiemu urządzeniu. Wyczuwało moją obecność.
Na razie nie napotkaliśmy żadnych demonów i to było podejrzane. Było tu zdecydowanie za spokojnie. Czułem że moi towarzysze się z tego powodu martwią. Obawiają się zasadzki. Moja "duchowa intuicja" podpowiadała mi coś jednak tego nie rozumiałem.
Skręciliśmy w prawo. Już było blisko. Nagle zaatakowało nas trzy demony. Mi nic nie robiły bo wiedzieli że i tak mnie nie unieszkodliwią a naparli na moich towarzyszy. Derek walczył zawzięcie tak jak jego koledzy. W pewnym momencie Derek kiedy zabił jednego z demonów podbiegł w moja stronę i powiedział.
-Idziemy Scott!!!
Wiedziałem o co mu chodzi. Nie mogliśmy zwlekać. Nie mieliśmy czasu na to. Jego towarzysze zajmą sie demonami a potem do nas dołączą. 
Biegliśmy korytarzem. Parę razy skręcaliśmy aż wreszcie dobiegliśmy do właściwych drzwi. 
Zatrzymałem się. Derek od razu zorientował sie że to to miejsce. Otworzył ciężkie drzwi i weszliśmy do środka. Ja pierwszy. Na pierwszy rzut oka okazało się puste. Tylko na środku pokoju stał metalowy stół na którym leżało moje ciało a obok niego półka i telewizor który pokazywał jak bije moje serce. Po chwili jednak zobaczyliśmy demona. Podszedł do mojego ciała.
-Czekałem dość długo. Nie spieszyliście się.-odparł. 
-Lepiej sie poddaj.-powiedział Derek.
-Jesteś niczym.-odparł demon do niego-Tak jak teraz Scott. 
Podszedłem parę kroków bliżej do niego.
-To nic ci nie da.-powiedział demon.-To wszystko na nic. 
-Przegrałeś.-odparłem. 
Tylko demon mnie słyszał. 
-Ja przegrałem? Nie. 
Zamachnął się i wbił jakiś dziwny sztylet prosto w moje serce. W moje ciało. Derek rzucił się na niego jednak to było na nic. 
Poczułem mocne i bolesne ukucie w sercu. Opadłem na kolana... (jako duch). Ciężko oddychałem. A po chwili przestałem. Podniosłem głowę i zobaczyłem ekran telewizora. 



Derek ze złością i rozpaczą w głosie przebił demona. Kiedy martwe ciało które okupował demon leżało już martwe w kałuży krwi Derek podszedł do mojego ciała. 
-Przepraszam Scott.. nie dałem rady.. zawiodłem Cię.. po raz kolejny. 
Wstałem z kolan i podszedłem do niego. Położyłem mu rękę na ramieniu. 
-To nie twoja wina.
-To moja wina.
Oboje byliśmy zaskoczeni. Spojrzał na mnie. 
-Scott? Widzę Cię?
-Nie długo.-powiedziałem tak.. nie wiem czemu.. tak czułem po prostu.
Przytulił mnie.
-Wybacz. 
-To ty mi wybacz.
-Czy jest coś co mógłbym jeszcze dla ciebie zrobić? Tym razem nie zawiodę.
-Pochowaj mnie.. nie chcę by Zuzanna wiedziała o mojej śmierci. To ja załamie. Jednak przekaż jej że po prostu nie mogę teraz przy niej być i żeby mi obiecała że będzie sie leczyć. Przypilnuj tego. Chcę by była szczęśliwa.. najlepiej.. wymaż jej mnie z pamięci. Nie chcę by cierpiała. Chcę by była szczęśliwa i zdrowa. 
-Dobrze..-miał łzy w oczach..
Po chwili chyba już mnie nie widział bo zamknął oczy i westchnął a po policzkach spłynęły mu łzy. 
Stanąłem obok. A więc gdzie jest to białe światło? Czy pójdę teraz do nieba czy do piekła? A może nigdzie?
Nic sie nie stało.. stałem tak.. więc będę wiecznie tułał sie jako duch? A może mam jeszcze coś niezałatwione? Oby Zuzanna żyła.. 

sobota, 10 października 2015

Od Zuzi

  Poszłam spotkać się z Cassidy. Wyszłam ze szpitala, byłam na badaniach jak posuwa się moja choroba. Lekarze mówią, że jest ze mną coraz źle, mam ostatnią szansę na to, by się leczyć. Ale przecież... czy to coś da?Nie.
  Cass właśnie zrobiła prawo jazdy. Nadal nie wiedziała o mojej chorobie. O tym cholernym raku płuc. Bo tak się składa, że właśnie mój rak rozprzestrzenia się wszędzie. Jak dojdzie do mózgu - to będzie koniec.
  Idąc ulicą w stronę domu mojej przyjaciółki usłyszałam za sobą kroki. Przeraziłam się, ale nie odwróciłam. Serce biło mi szybciej, cała drżałam. Znów powróciły wspomnienia z tamtych nocy, gdy Iwo chciał mnie zgwałcić, gdy zostałam w końcu pobita, zgwałcona na ulicach Berlina.
  Po chwili zorientowałam się, że stoję pod domem Cassidy, a mężczyzna idący za mną minął mnie w pośpiechu.
  Odetchnęłam z ulgą.
-Hej! Patrz! To moja nowa bryka! - wskazała na całkiem nowe, srebrne bmw.
-Niezły. - uśmiechnęłam się nerwowo.
-Coś nie tak?
-Nie,nie... jest okej.
-Wsiadaj. Jedziemy się przejechać po ulicach między tymi wielkimi cudownymi lasami.

  Jechałyśmy w milczeniu. Sama nie wiem dlaczego... może po prostu nie miałyśmy o czym gadać? Albo ja jej nie słuchałam, ignorowałam ją. Myślałam o wielu rzeczach...
  Nagle samochód w środku lasu stanął. Otrząsnęłam się i spojrzałam pytająco na przyjaciółkę.
-Co jest? - spytałam.
-No...
-Nie mów, że zapomniałaś zatankować do końca... - uśmiechnęłam się szeroko a ona zawstydzona milczała. - Wariatka! - zaśmiałam się.
  Wysiadła z samochodu i złapała się za głowę. Ja wysiadłam za nią. Próbowałam ją uspokoić, ale ona coś gadała o tym, że nie wie co teraz zrobić, przepraszała mnie za błąd, a ja tylko się śmiałam co jeszcze bardziej ją wyprowadzało z równowagi.
-O! Ktoś jedzie. - spojrzałam na drogę.
-I co z tego?! - wrzasnęła zła.
-Pomogą nam. - odparłam i poszłam w stronę zbliżającego się samochodu.
  Zatrzymał się. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Wyglądali podejrzanie, od razu cofnęłam się przerażona. Uraz został już wyryty w mojej pamięci...
  Cass zauważyła moje zmieszanie i przerażenie, więc mimo tego, że ona też miała niemiłe przeżycia z tamtymi czasami, podeszła do mężczyzn.
-Pomogą nam panowie? Prosiłabym... benzyna się skończyła...
-Jasne. - odpowiedzieli bez wyrazu.
  Podejrzane.
  Sięgnęli po linę i zawiązali ją na haku i pociągnęli nasz samochód. Cass odetchnęła z ulgą.
-Dziękuję! Nareszcie!
  Według mnie nie powinnyśmy były wsiadać do samochodu obcych mężczyzn. Ale Cass zawsze była niezależna, nie myślała o konsekwencjach. Po takich przeżyciach co ostatnio powinna się była nauczyć czegoś nowego. Ale widocznie nic to nie dało.
  Pojechałyśmy pod dom Cassidy. Ja poszłam od razu do domu spłoszona.
  W domu było pusto, a za to przed nim stał jakiś znajomy facet. Dopiero później zesztywniałam gdy dojrzałam, kto to jest.
  Iwo - we własnej osobie - stał przed drzwiami domu i patrzył na mnie z pożądaniem w oczach. Nienawidziłam go całym sercem, gardziłam nim. Ale bałam się go. To było to coś co przewyższało wszystko. Sparaliżowało mnie. Stałam jak wryta.
-Myślałaś, że zniknę? - uśmiechnął się a ja byłam po prostu w szoku.
-Odjęło ci mowę Zuziu? Słodka Sus... - dotknął mojego policzka a ja nie spuszczałam z niego wzroku.
  Nie miałam odwagi nic zrobić.
-Jeszcze się zobaczymy, moja kochana. - szepnął mi na ucho i pocałował w policzek.
  Odszedł.
  Nie mogłam się otrząsnąć. Strach zadziałał na mnie jak paraliżujący jad węża.

wtorek, 6 października 2015

Od Scotta

Akurat pojawiłem się przy Zuzannie kiedy z niewiadomych mi względów wygoniła cały personel i rodziców z sali. Co się stało? Zobaczyłem że środki uspakające zaczęły działać. Usiadłem obok niej.
-Dlaczego nie chcesz kochana podjąć leczenia?-zapytałem jednak wiedziałem że mnie nie słyszy.
-Durni rodzice! Co oni sobie myślą?! To mój wybór!
-Zuza prosze.. Podejmij dobrowolnie leczenie... Jak się uda i wróce do ciała już nigdy Cię nie zostawie chyba że ty tego będziesz chciała.
-Scott gdzie jesteś?-szepnęła poczym zasnęła.
Miałem ochote krzycześ że jestem obok.. że jestem przy niej mimo wszystko jednak to nie miało większego sensu. I tak mnie nie usłyszy...
Wpadłem na głupi i ryzykowny pomysł. Wiedziałem że to może się źle skończyć... Jednak musiałem jej dać znać że jej nie zostawiłem. W szufladzie był zeszyt i długopis. Wyrwałem kartkę i napisałem na niej.
"Zuza podejmij leczenie. Proszę. Kocham Cię. Scott"
Położyłem ją tak że od razu po obudzeniu ją zobaczy. Oby tylko się nie wściekła że "ją odwiedziłem a nie poczekałem na to jak się obudzi". Bo co innego sobie pomyśli? Nie wie przecież że jestem jako duch cały czas przy niej.
Coś mnie w pewnym momencie zaciekawiło. Pewna postać idąca korytarzem. Wyszedłem i przyjrzałem się niej. Cholera! Podbiegłem do niej.
-Kim jesteś?!-zapytałem.
Kobieta spojrzała się na mnie zaskpczona.
-Widzisz mnie?!-zapytała.
Wtedy zrozumiałem już wszystko.
-Tak. Umarłaś?
-Tak. -westchnęła załamana-Miałam wypadek... A potem.. Obudziłam się stojąc nad swoim ciałem w kostnicy.
-Przykro mi.
-A tobie co się stało?
-Ja em.. Zapadłem w śpiączke.
-Ale żyjesz?
-Jeszcze tak ale umieram. A świadczy o tym to że cię widze.
Tak. Widzenie umarłych świadczy o tym że na prawde już ze mną coraz gorzej. Derek mnie o tym ostrzegał. Musiałem się do niego dostać.
-Przejdź na drugą strone.-powiedziałem kobiecie poczym teleportowałem się do Dereka.

***

-Widzisz umarłych?
"Tak"napisałem na tablicy w którą zainwestował najwyraźniej Derek.
-To nie dobrze. Dziś w nocy wraz z paroma kumplami mam zejść w podziemia.
"Jak myślisz uda się?"
-Nie wiem. Mam taką nadzieje. Będzie nas sześcioro. Ich będą dziesiątki.
"Mogę wam jakoś pomóc?"
-Będziesz nas prowadził do twojego ciala.
"Dokładnie nie wiem jak tam dość"
-Będziesz wiedzial. Dusza zawsze wie gdzie jest jej ciało i co się z nim dzieje.
"Mam u ciebie dług"
-Jestem twoim opiekunem. Nie powinienem był do tego w ogóle dopuścić.
"Zaufałeś mi i daleś mi wolną ręke"
-I to była najgorsza rzecz jaką zrobiłem.
"To była moja wina. Lecz nikt nie mógl przewidzieçz nas że tak się stanie"
-Ja powinienem.
"Nie obwiniaj siebie a teraz odpoczywaj. Czeka nas noc przygód"
Teleportowałem się do Zuzanny. Oby dziś się wszystko powiodło.

Od Zuzi

-Zuzanno...
-Nie chcę podejmować leczenia.
-Niestety, nie masz jeszcze osiemnastego roku życia i decydować musi rodzic. Sprawdziliśmy twój stan zdrowia, twoją kartę pacjenta... Ktoś zmienił twój wiek w karcie. Dziś sprawa się wyjaśniła, ale muszę się zapytać. Czy to ty zmieniłaś...
-Tak, to ja. - mruknęłam zła. - To ja zmieniłam datę mojego urodzenia.
-Dlaczego? - spytał tata.
-Bo do cholery ja chcę decydować!
-Masz szanse wyzdrowieć...
-Nie mam. Sam lekarz mi mówił.
-Który?
-Taki młody, chyba miał na imię Michael.
-Nie mamy lekarza o imieniu Michael... - zmrużył oczy.
-Ale tak mi się przedstawił...
-Nie ważne! Doktorze, co mamy zrobić?
-Podejmijcie za nią  decyzję. - powiedział lekarz.
  Spojrzałam się nienawistnie na ojca czekając na odpowiedź.
-Podejmujemy leczenie...
-CO!? - Krzyknęłam.
-Sus...
-Nie! Nie dotykajcie mnie! Chcę być sama!
-Środek uspokajający. - nakazał lekarz i wstrzyknął mi lekarstwo.
-Pierdolcie się wszyscy. Wynocha! - krzyknęłam. - Nie chcę żeby ktokolwiek mnie odwiedzał. Nie będę przyjmować lekarstw.
-Zuziu...- zaczął tata.
-WYJDŹ STĄD!
  Wyszli. Zostałam sama.

(Mi też telefon pada, więc krótkie! :D)

poniedziałek, 5 października 2015

Od Scotta

Siedziałem przy łóżku Zuzanny. Bałem się o nią tak jak o nikogo innego nigdy w życiu. Przecież jeśli ona umrze to dla mnie życie straci sens! Wtedy marne będą starania bym wrócił do ciała bo nawet jak się uda nie mógłbym żyć bez niej! Była ostatnią bliską mi osobą! Swoich prawdziwych rodziców nie znałem.. Mojej przyszywanej rodzinie.. no cóż po tęsknili by za mną aż potem został bym tylko wspomnieniem. Jednak dla mnie nigdy Zuzanna nią stałaby się wspomnieniem. Życie bym za nią oddał...
I właśnie w tym momencie naszła mnie myśl! Teleportowałem się do Dereka. Planował nadal zdobycie mojego ciała. Zadzwonił em dzwoneczkiem który specjalnie kładł obok siebie bym go powiadamiał że jestem przy nim.
-Tak Scott?
Podniosłym długopis i napisałem na kartce "Czy dałoby rade poświęcić swoje życie za osobę chorą nieuleczalnie?!"
-Emm no tak ale chwilą co ty planujesz?!
"Zuzanna umiera. Moje życie bez niej i tak nie ma sensu"
-Scott to...
"Powiedz mi jak mam to zrobić"
-Nie wiem czy to...
"Proszę"
-No dobrze jednak obiecaj mi że najpierw wrócisz do swojego ciała.
"Zuzanna umiera z każdą chwilą. Pośpiesz się że zdobyciem go a poczekam".
Teleportowałem się do Zuzanny.
Już nie spała. Był u mniej lekarz. Rozmawiali.
Moje obawy się sprawdzały. Jeśli ona umrze to i ja ... dlatego oddam za nią życie zanim ona umrze.

(Krótkie bo muszę oddać tablet a w tel mi bateria padła.. Do pisze coś wieczorkiem :* )

sobota, 3 października 2015

Od Zuzi

  Przyjaciółka usiadła obok mnie z uśmiechem i spojrzała się prosto w moje oczy. Była tak radosna, że sama nie wierzyłam, że to Cass. Od porwania była smutna, zła, bała się wychodzić... coś mi nie pasowało.
-Co taka szczęśliwa? - spytałam bez emocji.
-Widziałam się z twoim bratem! Jest nadal tak nieziemsko przystojny... uwielbiam z nim spędzać czas! Wiesz, że zaprosił mnie do kina? A! No i...
-On ma narzeczoną. - przerwałam jej.
-Jak to? - zająknęła się.
-Nie powiedział ci. - parsknęłam. - No tak,tak. Ma narzeczoną... jest wredną suką, ale ma klapki na oczach... a...
-Jak to nic mi nie powiedział... - westchnęła smutna i zaszokowana zaczęła nerwowo kopać nogami w piasku. - A...a...a-ale... kino! Zaprosił... mnie...!
-Może po prostu z grzeczności?
-Jesteś okropna!
-Bo widzę prawdę i jestem szczera?
-Co z Tobą?! - krzyczała na mnie a ja ignorowałam to.
-Nic. Po prostu staram się mówić prawdę.
-Ale nie musisz być szczera do bólu! Możesz mnie wspierać!
-Jak zakłamana ''prawdziwa'' przyjaciółeczka która mówi same superlatywy? Śmieszne. Chcesz takiej zakłamanej przyjaciółki?
  Machnęła ręką i wstała. Ruszyła przed siebie.
  Ja siedziałam na ławce. Poczułam zimny podmuch, taki sam jaki czułam od jakiegoś czasu. Coś mnie tknęło, ale nie w jakiś specjalny sposób. Po prostu przypomniałam sobie o Scott'cie.
  Przyjaciółka zatrzymała się, odwróciła na pięcie i spojrzała na mnie. Stała na końcu placu zabaw, wpatrywała się we mnie tak dłuższy czas mrużąc oczy, które drażniły promienie słoneczne.
-Zapomniałam okularów... - mruknęła odgarniając swoje brązowe włosy na bok.
  Uśmiechnęłam się lekko i zdjęłam z głowy swoje okulary przeciwsłoneczne. Podeszłam do Cass i podałam jej moje.
-Wampir. - uśmiechnęłam się a ona wzięła ode mnie okulary.
-Powiedz mi, co się z Tobą dzieje? Milczałaś od kiedy wróciłaś do miasta...
-Nic. Po prostu czułam potrzebę samotności i tyle.
  Poszłyśmy do mnie, jednak nie przewidziałam sytuacji, że mój dwudziestoletni brat będzie obściskiwał się z dziewczyną o trzy lata starszą, czyli swoją cholerną narzeczoną na kanapie. Zła nachyliłam się nad nimi i zaczęłam obleśnie mlaskać, wprawiając ohydne  gołąbki w obrzydzenie. Oderwali się od siebie a moja przyjaciółka Cass tylko spojrzała na mojego brata ze łzami w oczach.
  Nieszczęśliwie zakochana... współczułam jej.
-Cassidy! - zawołał mój brat i zostawił mnie ze swoja narzeczoną.
  Pobiegł do kuchni za przyjaciółką a ja usiadłam obok znienawidzonej wiedźmy ze złośliwym uśmiechem.
-Wiem, że mnie nienawidzisz... - zaczęła.
  Znów poczułam ten sam zimny powiew wiatru. A potem jakbym przypomniała sobie Scotta. Zignorowałam to. Przywykłam do myśli, że nie wróci. A to dobrze - i tak nie zmieniłby mojej decyzji o zaprzestaniu leczenia. Umrę, a moja choroba zostanie tajemnicą.
-Nie to, że nienawidzę... - zaśmiałam się. - Widzisz... ja ciebie szanuję, ale nie akceptuje. Szanować szanuję tylko ze względu na mojego brata, ale smutno mi, bo zakochał się w dziewczynie która powinna zasiewać pole, pasać krowy, ewentualnie, po jej stroju sądząc, pracować w burdelu. Mój braciszek nigdy nie miał gustu, szczęścia do dziewczyn, ani za grosz inteligencji. A teraz przepraszam, ale moja przyjaciółka potrzebuje kopa w dupę, bo inaczej pobije mojego brata.
  Wstałam i poszłam do kuchni. Beatrice - właśnie ta pechowa narzeczona - została w salonie na kanapie z rozdziawioną gębą nie mogąc wydusić z siebie słowa. A ja - dumna z siebie - poszłam do kuchni zobaczyć czy mój brat ma jeszcze oczy, głowę, a także inne części ciała. Ale gdy weszłam oni stali patrząc sobie w oczy, nie mogąc oderwać od siebie wzroku. Cassidy gdy zobaczyła mnie kątem oka speszyła się i minęła mnie w przejściu. Wyszła bez słowa z domu, a ja spojrzałam na Alexa wyczekując odpowiedzi.
-No co? - spytał zakłopotany.
-Podoba ci się Cass?
-Jest... ładna... - kręcił, mącił, ale mu nie wychodziło. - Ale...
-Ale ty kręcisz. - zaśmiałam się.
-Ale kocham Beatrice.
-Ona w niczym nie dorówna Cassidy.
-Ale ja kocham Bea. I zamknij się. - wyszedł zły i poszedł do swojej ''ukochanej'' żmii.
  Ja poszłam do pokoju. Idąc po schodach straciłam grunt pod nogami i zemdlałam. Spadłam ze schodów, czułam ogromny ból, usłyszałam wołanie brata a potem ciemność.