Już nie odróżniałam rzeczywistości od fikcji. Wszystko mi się mieszało. Zed robił mi przeróżne testy na reagowanie na Scotta. Pokazywał mi jego zdjęcia, które nie wiadomo jak pojawiały się z dnia na dzień, pokazywał mi jak mu jest beze mnie dobrze, a przynajmniej mnie zapewniał, że tak jest. Zaczęłam wierzyć we wszystko co mi mówili w tej tajemniczej korporacji. Co się ze mną działo?Nie wiem... Nie wiem czy jeszcze byłam w tym ciele dawna ja...
Czułam pustkę. Zed wypalił ze mnie jakiekolwiek uczucia i torturami wymazał mi z pamięci miłość jaką darzyłam skrycie i szczerze do Scotta. Nie byłam przygotowana na takie coś... na zmianę, jaka mnie uderzyła... stałam się inna.
Cassidy była jedyną osobą z którą mogłam jeszcze porozmawiać, być z nią. Stałyśmy się nierozłączne. W Berlinie wylądowałyśmy tydzień później. Testy działały na mnie tak jak przewidywał dr. Zed... Czyli miałam bać się ale i nienawidzić Scotta.
-Przecież Scott nie jest niczemu winny...
-Jest. Wszystkiemu jest winny.
-Zuza...
-Przestań! Nie drąż tematu. Zapomnijmy o nim. Nie lubię o nim mówić.
-Jesteś słaba... spójrz na siebie..Od tygodni nie patrzysz w lustro, czeszesz się tyłem do lustra...
-I co? - spytałam wzruszając ramionami - Nie rozdrapuj starych ran, proszę Cię.
-Zuzia...
-Milcz, proszę.
Wyszłam z pokoju w którym teraz mieszkałyśmy. Pracowałyśmy w domu publicznym, jednym z najlepszych w Berlinie. Nie takie miałam plany na życie. Być dziwką? Ale zmuszono mnie do tego. Iwo zniknął, zaczął w Polsce poszukiwanie nowych dziewczyn. Nikt nie mógł im pomóc.
Codziennie płakałam w poduszkę i myślałam jaka jestem, jak wygląda moje życie i że cały czas żyję w strachu. Raz na jakiś czas pozwalają nam wychodzić do miasta ale zawsze ktoś nas obserwuje czy nie uciekniemy. Jesteśmy jak w klatce...
Wyszłam do sklepu wieczorem. Wiedziałam, że jeden z młodych ochroniarzy z The Beverly Hills (tak nazywał się dom publiczny w którym byłam więźniem) śledził mnie. Przyśpieszyłam kroku, on również. Zbliżał się. Był coraz bliżej mnie, przestraszyłam się, stanęłam i wzięłam głęboki oddech. Nikogo nie było na ulicy. Czułam, że ktoś za mną stoi. Złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w ciemną uliczkę zakrywając mi usta. Wyciągnął chusteczkę, była czymś nasączona. Przyłożył mi ją do nosa i zaczęłam wdychać dziwnie pachnący zapach z chusteczki. Traciłam oddech, świadomość i grunt pod nogami. Trzymałam się jeszcze jak najdłużej, wypatrywałam kogoś kto może przypadkowo przejdzie uliczką, ale nic z tego.
Spanikowałam, moje serce stanęło, moje nogi stały się jak z waty, moje ręce zniknęły, nie czułam ich. Cała ja stałam żałośnie, zmieniając się w słup soli. Nic nie mogłam zrobić, dziwny zapach rozprzestrzeniał się we mnie jak jakaś dziwna zaraza, jak milion bakterii przejmowało moje ciało, każdą komórkę i przede wszystkim - mój umysł - który nadal walczył o tą cząstkę świadomości.
Mężczyzna chwycił mnie mocniej, potem gdy zauważył, jak oczy same mi się zamykają... po prostu mnie puścił, uderzyłam głową o zimną, brudną i mokrą... betonową ziemię straciłam przytomność, moje ''gniazdka'' siadły, w wyniku czego straciłam ''światełko'' swojej świadomości.
Obudziłam się na zimnej podłodze. Było pewnie rano, zaczęło się rozjaśniać. Nic nie pamiętałam, moja głowa krwawiła, pulsowała, pękała, rosła z bólu jaki odczuwałam. Nie mogłam się podnieść. Leżałam na zimnej betonowej ziemi gdzieś w ciasnej i ciemnej uliczce w Berlinie. Koszmar wrócił a wraz z nim cząstka mojej utraconej wcześniej świadomości.
Co się stało?
Nie umiem sobie na to odpowiedzieć, w mojej głowie jest ta czarna dziura, jak po wypadku, jakby ktoś tam coś wypalił. Otworzyłam ponownie oczy. Poraził je blask zapalającego się co kilkanaście sekund światła latarni ulicznej. Byłam cała we krwi, miałam dwa cięcia na brzuchu, byłam bez bluzki, leżała nieopodal. Część mojej bielizny również leżała gdzieś w rogu... Blisko mnie leżał telefon. Mój telefon.
Przyczołgałam się do niego, choć wiele sił i bólu mnie to kosztowało. W środku myślałam, że eksploduję a na zewnątrz tylko żal i rozpacz.
Nikt mnie pewnie nie pilnował z ochroniarzy. Zadzwoniłam do Scotta, a raczej posłałam mu wiadomość, bo tylko na to było mnie w tej chwili stać. Podświadomie jakoś tak do niego napisałam... teraz tylko on mógł mnie stąd wyciągnąć gdziekolwiek jest... chociaż tak bardzo się go boję i go nienawidzę..
Zadzwoniłam po karetkę, podałam adres, ledwo co mówiłam i ledwo co pamiętałam gdzie dokładnie jestem, na szczęście na murze była tabliczka z nazwą ulicy. Nie wiem czemu jestem słaba, co się stało... ale... wiem, że potrzebuję pomocy lekarza... kogokolwiek...
piątek, 25 września 2015
Od Zuzi
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz