Obudził mnie sygnał karetki i jakieś głośne szepty ludzi. Poczułam, jak ktoś mnie łapie, chciałam się bronić, wyrwać osobie która podniosła mnie i położyła na jakimś miękkim jakby... łóżku? W tle słyszałam stłumiony dźwięk aut, ruch ulicy i te same szepty ludzi. Chyba mnie skądś zabierali... tylko skąd?
Nadal miałam zamknięte oczy, nic do mnie nie docierało. Byłam słaba, zmęczona i czułam się okropnie... Nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie.
-Co jej jest? Proszę pana! - usłyszałam znajomy głos - Proszę mi powiedzieć!
-Jest pani z rodziny? - teraz męski głos gdzieś w tle zaczął się oddalać.
-Nie, ale jestem jej przyjaciółką...
-Nie mogę udzielić pani żadnych informacji.
-Mogę jechać z wami?
-Może pani. Ale żadnych informacji nie mogę pani udzielić.
Potem straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Ale tyle dobrego ze byłam daleko od tego domu publicznego. Na korytarzu stała Cassidy, widziałam ją z łóżka na którym leżałam. Wiec była na miejscu zdarzenia... ale właściwie co się stało...?
Nadal miałam zamknięte oczy, nic do mnie nie docierało. Byłam słaba, zmęczona i czułam się okropnie... Nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie.
-Co jej jest? Proszę pana! - usłyszałam znajomy głos - Proszę mi powiedzieć!
-Jest pani z rodziny? - teraz męski głos gdzieś w tle zaczął się oddalać.
-Nie, ale jestem jej przyjaciółką...
-Nie mogę udzielić pani żadnych informacji.
-Mogę jechać z wami?
-Może pani. Ale żadnych informacji nie mogę pani udzielić.
Potem straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Ale tyle dobrego ze byłam daleko od tego domu publicznego. Na korytarzu stała Cassidy, widziałam ją z łóżka na którym leżałam. Wiec była na miejscu zdarzenia... ale właściwie co się stało...?
Wszedł do mnie lekarz z jedną pielęgniarką. Spojrzał na mnie a potem na pikające urządzenie którego nie mogłam zidentyfikować, ponieważ obraz mi się rozmazywał.
-To skutek uboczny leków jakie pani musiała dostać. - wyjaśnił widząc moje zdezorientowanie - Jak się pani czuje?
Chrząknęłam i spojrzałam się na lekarza. Podniósł wzrok znad jakiś kartek które skończył przeglądać i zaczął wgapiać się we mnie czekając na odpowiedź.
-Czuję się... dziwnie...Czemu mam trudności z mową...?
-Ma pani ślady na szyi, to oznaka podduszania.
-Co się ze mną stało?
-Nie pamięta pani? - spytał zdziwiony lekarz.
-Nie...
-Podano pani coś w jakimś napoju?Cokolwiek pani piła?
-Nie, byłam w mieście... a potem...
-Wszystko na to wskazuje, że została pani... zgwałcona...
-Proszę...?
-Ma pani ogromne sińce za szyi, cięcia na brzuchu a także rozbitą głowę.
-Wiadomo kto to zrobił...?
-Nie... Ale nie może pani wyjść ze szpitala. A także zakazane jest w takim stanie zbyt dużo mówić.
Kiwnęłam głową a lekarz wyszedł coś notując.
Cass wparowała do środka i złapała mnie za dłonie.
-Wyjeżdżamy...
-Nie... nie... nie moż...emy...
-Nic nie mów... wiem, słyszałam co lekarz mówił... spokojnie, moja mama jest lekarzem, pamiętasz?
-Tak...
-Wszystko jest już dobrze. Zabiorę cię stąd. Wypisz się na własne żądanie.
-Ale...
-Moja mama się Tobą zajmie. Wrócimy do domu, Zuzia. - uśmiechnęła się i przytuliła mnie.
Miałam łzy w oczach. Nie wierzyłam, że jeszcze usłyszę '' wracamy do domu''.
A więc wypisałam się na własne żądanie. Lekarz przypisał mi leki bo mam podejrzenie o jakąś chorobę... aż szkoda o tym myśleć. Oczywiście lekarz poprosił o numer do rodziców, bo dopiero za tydzień kończę osiemnaście lat. Nadal jestem niepełnoletnia.
Wyszłam na zewnątrz a Cass z jakimś facetem poprowadzili mnie do domu. Bałam się każdego faceta który na mnie patrzył. Miałam już to w psychice co starałam się opanować... ale nie umiałam. To było silniejsze.
-To mój tata Zuzia, nie pamiętasz? - spytała patrząc się na mnie.
-Nie... nic już nie pamiętam... chcę do domu...
-Już jedziemy Susanne.
-Susanne? - spytałam patrząc się na zmieszanego tatę Cassidy.
-Tak na Ciebie mówiłem jak byłaś mała... - wspomniał i wsiadł za kółko.
Siedziałam na tylnych siedzeniach pod dwoma kocami. Byłam bardzo blada, osłabiona i cała w bandażach, plastrach i nafaszerowana chemią. Podawali mi lekarstwa gdy byłam nieprzytomna... Moja choroba może okazać się prawdziwa, ale na to trzeba czasu, co najmniej tydzień czy dwa.
Gdy zobaczyłam napis Villigemoon, wiedziałam, że to już mój dom. Podjechalismy pod mój dawny dom. Ciekawe czy mama mi wybaczyła... nie ma mnie z nimi przecież dobry rok... Wiele mogło się zmienić... mam nadzieję, że nadal mnie kocha i chce bym wróciła. Ciekawe, czy tata już wyleczył się z alkoholizmu...?
Wyszłam z samochodu a z domu wyszedł tata z kilku dniowym zarostem. Wyrobił się, zmienił... był wysportowany, dobrze ubrany, zupełnie jak nie on. Wyprzystojniał...
Zamurowało go na mój widok. Ja stałam przed bramką i patrzyłam się na niego. Upuścił kubek z kawą i pobiegł do mnie. Padłam mu w ramiona tracąc siły. Wyściskał mnie, milion razy chyba patrzył na moją bladą, obitą twarz i szeptał '' moja kochana córeczka wróciła''.
-Tatusiu... - szepnęłam ledwo co.
-Jestem tu kochanie... już dobrze... - westchnął i pogłaskał mnie po głowie. - Dzięki Don... jestem twoim dłużnikiem... nie wiem... nie wiem jak... jak dziękować...
-Cassidy kilka dni temu dała mi znać... gdzie jest... gdyby nie to...
Straciłam nagle przytomność.
-Córeczko... Sus...? - szeptał tata.
Leżałam na miękkim, nowym łóżku w swoim całkiem odnowionym, lepszym pokoju. Były na ścianach zdjęcia z dawnych lat z rodzicami i pocztówki, pamiątki i takie dam.
-Tak się czasem dzieje tato...
-Dzwonił do mnie lekarz... dosłownie przed chwilą...
-Co mówił...
-Że jesteś chora na...
-Tato...
-Musimy jeździć do lekarzy na badania... musisz brać leki...
-Nie chcę ich brać.
-Co? Ale przecież w przeciwnym razie choroba się pogorszy i... i...
-Wiem. Ale pozwól,że to będzie moja decyzja... choroba jeszcze się nie uaktywniła i nawet nie ma 100% pewności że na nią choruję. Poczekajmy tydzień do wyników... Gdzie mama?
-Rozwiodła się ze mną.
-Co?
-Kilka tygodni po twoim zniknięciu wzięła pozew...
-Czemu?
-Od razu zacząłem cię szukać... ten Scott też zniknął, rozmawiałem z jego ojcem ale mówił, że to dorosły chłopak i dał mu szansę robić co chce... ale ja cię szukałem wszędzie... Twoja matka zaczęła popadać w obłęd, najpierw cię znienawidziła a potem tęsknota za tobą dawała się we znaki. Zamieszkała w San Fransisco. Nie wiem ,czy chcesz ją jeszcze widzieć...
-Chcę tylko nie teraz... nie dziś...
-Prześpij się. Ja pojadę na komisariat zawiadomić ich, że się znalazłaś.
-Przyjaźnisz się z ojcem Scotta?
-Tak... od kiedy zacząłem pracować w firmie i odnowiłem to co przerwałem kiedyś... spotkałem go a raczej to ja mu wjechałem w zderzak...
Słabo się uśmiechnęłam i przytuliłam go.
-Idź, ja się prześpię.
-Wpadnę też do ojca Scotta i powiem mu, że się znalazłaś...
-A Scott jest tutaj...?
Moje serce drgnęło tak silnie, że aż zabolało.
-Był kilka dni temu a potem znów znikał. Ten chłopak zamknął się jakoś w sobie...
Posmutniałam, zamilkłam i poszłam spać. A raczej udawałam, że śpię by tata spokojnie wyszedł. Patrzył się na mnie nie móc odejść... bał się...że znów zniknę...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz