niedziela, 30 sierpnia 2015
Od Zuzi
-Powiedz mi więcej.
-Pytaj.
-Czy jakkolwiek Scott... może się zmienić...?
-Jeśli zbyt szybko będzie trenować i śmierć go w jakikolwiek sposób zrani... to zmiana będzie znacząca.
-Ale o co chodzi?
-Jego pożądanie będzie rosnąć.Christiana nie da się zabić, będzie jedynie w uśpieniu.
-Przecież mówiłeś, że da się go zabić.
-Tak, ale kontaktowałem się z Michaelem... jest po stronie śmierci ale udzielił mi kilka informacji na temat Christiana. Scott będzie jak spragniony wampir, będzie szukał na siłę kogoś z kogo będzie mógł wysysać życie bez możliwości przywrócenia danej osobie życia.
-Co masz zamiar zrobić?
-Nic. Czas pokaże.
Czyli Scott jest niebezpieczny jeśli nie znajdzie umiaru swojej siły, pożądania które go niedługo nawiedzi, i napływu energii. Będzie się żywić złem,cierpieniem, życiem, szczęściem... wszystkim. Musi mieć do tego osobę.
Ja zaczynałam się zmieniać, moje palce jakby obumierały, Christian był gotów do starcia między Scottem. A ja byłam gotowa iść z nim na to spotkanie.
Staliśmy naprzeciwko siebie. Christian był wysokim facetem, a Scott ledwo co równał się z nim wzrostem.
-Jeśli zaboli za mocno, krzycz. - uśmiechnął się Christian do Scotta.
Walka trwała nie długo, kilkanaście minut. Jednak Christian nawet nie użył swojej broni na Scotta, tej zatrutej. Był bez niej. Widocznie czuł się na siłach. Scott za wcześnie rozpoczął walkę ze śmiercią. Za łatwo by to przyszło, gdyby go pokonał na raz. A najwidoczniej Christianowi podoba się to, że on przegrywa i karmi się jego pechem. Choć Scott naprawdę emanował siłą i energią, teraz ją traci.
-Christianie! - zawołałam wchodząc pomiędzy rywali - Nie zabijaj go. Weź mnie.
-Ciebie? - zdziwił się.
-Nie! - wykrztusił Scott, jednak nie miałam zamiaru go słuchać.
-Wycofaj się Christianie, zanim masz szansę.
-Słucham? - parsknął.
-Wiesz, że gdy Scott przegra tę walkę odbierzesz mu energię, ale wprowadzisz tym samym w niego złą siłę.
-Ależ moja droga. Ta walka kończy się tylko i wyłącznie na przemianie Scotta w hybrydę. Skazanie go na wieczne utrapienie, cierpienie i pociąg do mordu ludzi, do ich krwi.
-Co...? - odwróciłam się w stronę słabnącego Scotta.
-Przemiana na razie będzie trwać kilka dni.
-Ale nadal jest następcą?
-Oczywiście. Tego nic nie zmieni. Ale będzie tak głodny, że nie będzie mógł tego opanować. A na dodatek dodałem trochę akcji do mojego posunięcia.
-Co zrobiłeś? - warknął Scott podnosząc się z ziemi.
-Będziesz pragnął jej krwi po stokroć bardziej niż u innej osoby. - powiedział z uśmiechem.
-Więc... Scott będzie miał szansę to opanować... a Ty weź mnie w zamian za jego zycie.
-Czemu Ci tak na nim zależy? - spytał Christian.
-Bo...
Zbliżył się do mnie i spojrzał w oczy.
-Mów prawdę i tylko prawdę gdy jestem w pobliżu.
Chcąc nie chcąc wyjawiłam prawdę.
-Kocham go.
-Co? - wykrztusił Scott. - Nie możesz mnie kochać! Jestem potworem! Śmiercią, wampirem... hybrydą! Nie moż...
-Zamknij się, proszę. - nakazał Christian - Idziesz ze mną, Zuzanno.
I mnie zabrał ze sobą.
środa, 26 sierpnia 2015
Od Scotta
Martwiłem się o Zuzę ale na szczęście na razie była bezpieczna.
-Scott zaczynamy?-zapytał Derek wchodząc do salonu.
-Tak.-odparłem.
-Co zaczynacie?-zapytała Zuza.
-Muszę nauczyć się opanowywać swoje moce by pokonać Śmierć.
Derek wziął z parapetu kwiatka i postawił go na stole przede mną.
-Wyciągnij rękę i zabierz mu życie.-odparł Derek.
Zrobiłem tak jednak kwiatek nadal żył. Jakie było nasze zaskoczekie kiedy nagle zaczął rozkwitać... Tak jakbym tchnął w niego więcej życia.
-Niesamowite. Zamoast zabrać mu życie ponogleś mu odżyć.
-To mi nie pomoże przy zabiciu Śmierci-odparłem iskupiłem się na odebraniu życia kwiatkowi.
Po chwili jego platki opadły a liście zaczeły więdnąć. Usechł.
-I o to chodziło-odparłem.
Chwile jeszcze się zastanowiłem i zabrałem rękę. Skupiłem się na kwiatku i tchnąłem w niego życie. Jego liście odżyły a kwiaty znów zakwitły.
-Niesamowite. Jesteś inny od Śmierci oraz innych Następców. Nie tylko odbierasz życie jak je też dajesz. Do dobry dar.
-Muszę zabić Śmierć a nie dać jej życie. -odparłem ponuro-Derek mówileś że Śmierć ma ostrze którym tylko może mnie zabić... Że jest nasączone w jakiejś truciźnie która tylko może spowodować moją śmierć. A gdybym się na nią uodpornił?
-To nie możliwe. Nawet w małej dawce może spowodować twoją śmierć. Mówiłem Ci... Nawet draśnięcie tym ostrzem przez Śmierć powoduje długą i bolesną śmierć.
-Cholera. Więc musze nauczyć się tak bronić by uniknąś tego ostrza.
-Tego się nie nauczysz. Zawsze Śmierć znajdzie sposób by cię nim zranić. Już lepiej dla ciebie jest by wbiła ci go w serce wtedy krócej byś umierał ale nadal w męczarniach.
-Scott nie chce byś z nią walczył.
-Muszę. Tak czy siak muszę się z nią zmierzyć.
-Ale nie musisz tak szybko.
-Muszę. Nie zmienię zdania.
-Zuzanna ma rację. Nie nauczę cię tego wszystkiego w ciągu tak krótkiego czasu.
-Dziś Śmierć przysłała mi mentalnie wiadomość. -wypaliła Zuza.
-Co?! -zapytał Derek.
-Powiedział że Scott ma 48 godzin by się u niego stawić...
-A więc mamy mało czasu. Nie marnujmy go na rozmowy tylko Derek musisz mnie wyszkolić.
-To nie możliwe! Za mało czasu!
-A więc sprawmy by to było możliwe. Zaczynajmny.
Oboje, Derek i Zuza byli niezadowoleni z mojego planu ale nie mieli nic do gadania. Podjąłem decyzję. Zdania nie zmienię.
*Godzina 2*
Umiałem już może nie doskonale ale odbierać życie rośliną. Teraz chciałem ćwiczyć na większych istotach.
Derek przyniósł mysz którą kupił w zoologicznym.
-Zabij ją.
-To nie humanitarne!-zaprzeczyła Zuza.
-Nie martw się. Przywrócę jej życie.
-To będzie wymagało od ciebie więcej energii.-powiedział Derek.
-Dam rade.
Wziąłem myszkę w ręce i przymknąłem je. Zamknąłem oczy. Mysz po chwili przestała się ruszać. Położyłem ją w klatce. Była martwa. Uśmiechnąłem się a myszka po chwili wstała i spojrzała się na mnie. Była znowu żywa.
-Jesteś coraz lepszy-odparła Zuza.
-Ale nadal za słaby by walczyć ze Śmiercią.
-O matko Scott!-powiedziała Zuza patrząc się na mnie.
Dotknąłem palcami nosa. Poczułem coś mokrego, miałem na palcach krew.
-Mówiłem że to będzie wymagało sporej energii.
Miałem zawroty głowy. Odetchnąłem głęboko.
-Potrzebny nam sppry pies. Czas zrobić większy krok.
-To cię zabije!-powiedziała Zuza.
-Podobno może zabić mnie tylko Śmierć.
-Ale możesz zapaść w śpiączke a wtedy będziesz już calkowicie bezbronny.
-Słyszycie?-zapytałem olewając to co mówili-Jakiś pies szczeka. Ide się z nim "pobawić".
*Godzina 3*
Znalazłem dosyć sporego pieska. Pogłaskałem go a on upadł martwy. Poczułem napływ energii. Derek kiwał glową kiedy dotknąłem psa by przywrócić mu życie. Kiedy to zrobiłem pies pomerdał ogonem i odbiegł. Zakręciło mi się w głowie. Upadłbym ale w ostatniej chwili złapałem równowagę. Zrobiło mi się ciemno przed oczami.
-Scott?-usłyszałem Zuze.
-Nic mi nie jest.-odparłem idąc dalej.
-Gdzie idziesz?-zapytała Zuza.
-Muszę znaleźć coś większego.
-Idź od razu do zo i zabij słonia to będziemy mieć dwa trupy.-burknął Derek.
-Słoń? Dobry pomysł.
*Godzina 6*
Bylem już wyczerpany. Ćwiczyłem już na myszy, psie, koniu, krowie i byku. Taaa to troche zabawne. Wróciliśmy do domu. Postanowiłem zrobić sobie krótką przerwę.
-Jak się czujesz?-zapytała Zuza wchodząc do mojego pokoju.
-Nic mi nie jest.
-Kłamiesz. Widzimy to. Po przywróceniu ostatniemu zwierzakowi życia zemdlałeś.
-Nic mi nie jest.
-Odpoczywaj i daj sobie z tym spokój.
-Nie.
-Scott...
-Powiedziałem coś i zdania nie zmienie.
*Godzina 10*
-W końcu na prawde będziemy mieli dwa trupy.
-Czy coś mogłoby dać mu więcej energii?-zapytała Dereka Zuza.
-Tak. Kiedy odbiera życie.. Zyskuje energie ale traci ją kiedy oddaje życie.
-Ej ja tu jestem.-odparłem.
Jechaliśmy wlaśnie do zoo. Spodobał mi się pomysł ze słoniem.
-Scott proszę cię... To cię może wykończyć! Zapadniesz w śpiączke a wtedy Śmierć z łatwością cię zabije.
-Nie ppddam się. Mam jeszcze 38 godzin.. Niecałe.
wtorek, 25 sierpnia 2015
Od Zuzi
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Od Scotta
-Dzień dobry. I smacznego.-powiedziałem podając jej jedzenie.
-Dziękuje. Wyspałeś się?
-Nie spałem. Ale nie jestem zmęczony.
-Nie mogłeś przeze mnie spać?
-Nie to nie twoja wina.
-No dobrze.
Patrzyłem jak je. Czerpałem sam z tego przyjemność. Tak jakbym sam jadł. W nocy było podobnie. Patrząc jak śpi czułem się tak jakbym sam spał i śnił. To było przyjemne uczucie. Nigdy przedtem nie miałem tak. Tak jakby to że ona żyje dawało mi energię. Musiałem o to zapytać Dereka. Ciekawe czy to normalne.
Nagle do pokoju wszedł Derek.
-Jedziemy. Zbierajcie się.
-Gdzie jedziemy?
-Daleko. Muszę coś załatwić a my i tak nie możemy jak na razie się zatrzymać nigdzie. Śmierć nie śpi i czeka tylko na właściwą chwile.
-Chce mnie zabić?
-Z pewnością tak.
-Zabije mnie?
-Nie dopuszczę do tego. Nie tym razem.
O nic więcej nie pytałem.
Chwile później już jechaliśmy. Zadzwonił mój telefon. Dzwonił tata.
-Nie odbieraj.-odparł Derek.
-Muszę. Może nie jest to mój biologiczny ojciec ale to on mnie wychowywał.
Odebrałem.
-Scott gdzie ty u licha jesteś?
-Daleko musiałem wyjechać. Nie martw się. Jestem.. Bezpieczny.
-Wracaj do domu.
-Nie mogę. Na razie nie mogę.
-Synu.. Nie zrób nic głupiego.
-Znasz mnie. Będę dawał zna że żyje. Do zobaczenia.
-Do zobaczenia.. Synu.
Rozłączyłem się.
-Nic nikomu nie mówcie. Z nikim o tym co się dzieje nie rozmawiajcie.
-Dobrze.
Spojrzałem na Zuze siedzącą z tyłu. Bala się. Ja sie nie bałem. Obronię ją..
Dwa dni później byliśmy już daleko. Zatrzymaliśmy sie w domu który należał do Dereka.
-Na górze macie dwa pokoje. Zostaniemy tu parę dni. Nigdzie nie chodźcie. Nigdzie nie jest bezpiecznie.
-Jeśli nigdzie nie jest bezpiecznie to dlaczego mamy siedzieć w domu?-zaśmiałem się wchodząc z Zuzą po schodach.
Na górze Zuza wybrała pierwszy pokój a ja drugi. Usiadłem na łóżku jednak szybko wstałem i poszedłem do Zuzy.
-Jak tam?-zapytałem.
-Nie wiem.. Niby dobrze.
-Dziś też mam spać z tobą?-zapytałem z uśmiechem.
-Jak chcesz.-odparła.
Uśmiechnąłem się. Nie wiem co we mnie wstąpiło.. ale.. pocałowałem ją.
Było świetnie jednak szybko przerwałem.
-Przepraszam.-powiedziałem.
-Nie masz za co..
-Mam. Nie powinienem.
-Śmierć mi o tym mówiła.
-O czym?-przymrużyłem oczy.
-O pożądaniu które odczuwacie.
-Nie czuje nic takiego..
-Jak na razie..
-Słuchaj.. Nigdy nie pociągała mnie żadna dziewczyna. Sam nie wiem dlaczego cie pocałowałem.. ty jesteś inna jednak to nie zmienia faktu iż jestem Następcą Śmierci a ty jesteś jej własnością. Uwolnię cię od tego a potem.. bezpieczniejsza będziesz z dala ode mnie. I nie chodzi o pożądanie. Przy mnie zawsze będzie niebezpiecznie.
-Aha. Sprawa jasna. Jestem nic nie wartą własnością śmierci a ty z litości mnie uwolnisz.
-Źle mnie zrozumiałaś.
-Przeciwnie. Aż za bardzo.
-Zuza.. nie chodzi o to że jesteś własnością Śmierci i dlatego mnie nie interesujesz jako dziewczyna. Po prostu.. ja jestem inny od chłopaków których poznałaś. Można powiedzieć że boję sie związku z jakąkolwiek dziewczyną..
-To dlaczego mnie pocałowałeś?
-Nie wiem.. Działałem impulsywnie..
-Wyjdź.
-Zuza..
-Wyjdź chcę zostać sama.
-Dobrze. Jak coś to jestem obok.
Wyszedłem i poszedłem do Dereka. Muszę z nim porozmawiać. Nie wiem co się ze mną dziej.
niedziela, 23 sierpnia 2015
Od Zuzi
sobota, 22 sierpnia 2015
Od Scotta
-Co tu się dzieje?
-Scott jesteś w niebezpieczeństwie!
-Przestań. Nie wieże że to ty zabiłaś tamtych ludzi.
Zobaczyłem jakąś dziwną emocje wymalowaną na jej twarzy ale szybko znikła. Nie zwróciłem nawet na nią zbytnio uwagi.
Na korytarz wybiegł Derek.
-Szybko! Nie możecie tutaj zostać. Biegiem do samochodu. Jest zaparkowany na podziemnym parkingu! Szybko!
piątek, 21 sierpnia 2015
Od Zuzi
-Przepraszam, ale nie może pan tu wchodzić. - usłyszałam zdenerwowanego ochroniarza.
-To moja klientka, proszę pana.
Mój prawnik tu jest.
Przez przeźroczyste, plastikowe drzwi zobaczyłam go. Gale wszedł przez nie do celi, a ochroniarz za nim przepadł bez śladu.
-Gdzie ochroniarz? - spytałam zaskoczona.
Uśmiechnął się tajemniczo, tak samo jak wczoraj.
-Co to za uśmiech?
-Uśmiech kogoś, do kogo należysz. - odparł zadowolony z siebie.
-Słucham?
-Michael podpisał papiery które dały mi władzę nad tobą.
-Jaka władza nade mną? Czy o to chodziło ze Scottem?
-Nie, tamta władza raczej ogranicza się do samego siebie i otaczającego go świata.
-Nie rozumiem. Jaki papier? Co Michael podpisał?
-Michael namówił cię do zabójstwa, bo chciałem sprawdzić, czy go posłuchasz. Byłaś tak przerażona, że, głupia, zrobiłaś to.
-Co to ma do rzeczy?
-To, że podpisując ze mną umowę, on stał się moim posłańcem, a ty moją własnością.
-Co to znaczy?
-Że jesteś moja. - odparł.
-Słucham?!
-Należysz do mnie. Coś jak seks zabawka. Nie nazywam się Gale. Mam wiele twarzy. Jestem miliarderem, prawnikiem, lekarzem, psychologiem, seksuologiem... jest ich wiele.
-Kim ty jesteś?
-Jestem także tym, czego każdy się boi.
-Czym?
-Śmiercią.
-Zabawne. Skończ głupkować...
-Uważasz, że kłamię? Scott jest moim następcą, tak czy siak ma inne geny. Jest czymś w rodzaju hybrydy, może sobie wybrać kim chce być, ale wiąże się z tym kara dla bliskiej mu osoby. Ja wybieram odpowiednie kary.
-Śmierci się zmieniają?
-Tak. Ja jestem nią najdłużej, i niedługo odejdę jako człowiek, wybierając jedno z żyć jakie będę chciał prowadzić do końca. Ty jesteś potrzebna.
-Do czego?
-Śmierć czerpie siłę, jakby moc, z czyjegoś cierpienia, radości, smutku, przyjemności. Przyjemność daje mi najwięcej, każdej śmierci daje najwięcej właśnie przyjemność. Ty jesteś pożądana przez większość facetów, ale tego nie wiesz. Poza tym, nic do ciebie nie czuję, nie mam uczuć. Jeśli jakaś kobieta wzbudzi w śmierci uczucia, to źle.
-Czemu?
-Wtedy ten ktoś jest najsilniejszy, ale z drugiej strony najbardziej pragnie bliskości drugiej osoby, staje się seksoholikiem, może tak chorym psychicznie, że pragnie śmierci nawet od osoby, która nie jest na nią gotowa. Jest wiele przypadków.
Wstałam i odsunęłam się od niego.
-Wyjdź.
-Nic z tym nie zrobisz. Wybrałem cię.
-Miałam uciekać ze Scottem...
-Musiałem udawać tego dobrego, żebyś się zaciekawiła i wciągnęła. Scott będzie tylko przeszkodą. Tylko następca może mnie zabić, a on nim jest i dla mnie sprawia zagrożenie.
-ODSUŃ SIĘ! - krzyknęłam.
Wstał i westchnął, jakby się powstrzymywał od czegoś.
-Mogłaś mnie nie prowokować...
-Słucham...?
Nie zdążyłam dokończyć.
Rzucił się na mnie, rozerwał moją bluzkę. Był niewiarygodnie silny.
-Mam tyle siły, że jednym dotknięciem mogę cię zabić.
Przycisnął mnie do ściany i przegryzł wargę aż do krwi. Krzyczałam, a raczej próbowałam. Potrzebowałam pomocy, już,teraz, zaraz... ale nikt nie usłyszy.
-Mam tyle siły, że mogę robić co mi się podoba... z tobą. Nawet, jeśli tego nie chcesz. Musisz być mi posłuszna.
-Jesteś chory! - wrzasnęłam i odsunęłam go od siebie.
-Każdy kto jest na miejscu śmierci ma takie pożądanie. Jest gorsze od cierpienia, od samotności... pożądanie to kara dla śmierci za to, że nie jest człowiekiem. Za to, że ma taką pieprzoną pracę i za to, że nie umie nikogo pokochać. Scott też przez to może przechodzić... Nie możemy pozwolić na to, by twój przyjaciel się męczył... Uratuj go.
-Namawiasz mnie bym oddała ci się za jego życie?
-Niczego się nie dowie. Wybierze to co powinien.
-Co to znaczy?
-Nie ważne. - uśmiechnął się. - Jeśli mi się nie oddasz po dobroci...
-Zgwałcisz mnie. - wyprzedziłam go przerażona.
Kiwnął głową zadowolony.
-Pomocy!!! - krzyknęłam a on westchnął zdenerwowany.
-Ja karzę kobiety w inny sposób...
-Zuza?! - usłyszałam głos na korytarzu.
-Scott?! - zawołałam go.
Christian zniknął, a ja wybiegłam na pusty korytarz. Zobaczyłam z boku martwego ochroniarza i Scotta który biegł w moją stronę.
Od Scotta
Mineły tygodnie a ja już odzyskałem pełna sprawność co było dla wszystkich i nawet lekarzy zaskoczeniem. Zdjeli mi gips z ręki i nogi. Miałem już wrócić od poniedziałku do szkoły. Dziś był piątek. Wstałem jak co rano z łóżka. Znowu śnił mi się ten sam sen ale teraz było w nim coś nowego. "Pustynna wilczyca" cały czas chodziło mi po głowie. O co z tym chodziło?
Wziąłem szybki prysznic i zszedłem do kuchni. Nikogo nie było w domu. Nawet Julki. Na lodówce była tylko kartka.
"Pojechaliśmy do dziadków Julki"
Dziadków Julki... Coraz bardziej czułem że tu nie pasuje.
Włączyłem telewizor. W wiadomościach mówili że za tydzień ma być niezwykłe zjawisko. Czerwona pełnia. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem. Listonosz.
Odebrałem listy i rachunki. Położyłem je na szafce i usiadłem na kanapie. Nawet nie patrzyłem czy jest coś do mnie. Nikt mi i tak listów nie wysyłał no bo po co?
Nagle jedna z kopert spadła na podłogę. Zrezygnowany wstałem by ją podnieść. Byłem zaskoczony kiedy zobaczyłem że jest zaadresowana do mnie. Usiadłem na kanapie i otworzyłem ją. Był to list. Zacząłem czytać.
"Scott jesteś już dorosły. Pewnie zauważyłeś że dzieją się dziwne rzeczy. Sny, wachania nastroju, wracasz szybciej do formy. Czujesz że nie tu jest twoje. Noe jest to przypadek. Odezwe sie jeszcze.
Pustynna wilczyca."
Byłem zaskoczony. Co jest grane. Jeszcze ten podpis.
Do domu wpadł Maks.
-slyszałeś? Ja sie wlaśnie dowiedzialem! Obok ciebie mieszka wariatka i morderca!
-Co?
-Ta Zuzia! Podpaliła dom i zgineli rodzice takiej dziewczynki ona na szczescie przeżyła tego grila.
-Nie wieże.
-Ale to prawda!
-Nie. Ona nie była by w stanie tego zrobić.
-Ale to zrobila. Trzymają ją w psychiatryku.
-Ponoge jej.
-Ak chcesz to zrobić?
-Nie wiem. Załatwie najlepszego prawnika. Nawet za granicy. Uwolnię ją.
-Jesteś nie normalny. Co ona z tobą zrobiła?
-Nic po prostu wiem że jest niewinna.
-Nie rozumiem cie. Jesteś ślepy?
-Wyjdz. Musze coś załatwić.
-Nie wkop się w nic.
-Dam rade. Nie martw sie.
Wyszedł a ja wykonałem telefon do przyjaciela rodziny. Był najlepszym prawnikiem. Jak sam nie znajdzie czasu to na pewno poleci kogoś kto da rade nam pomóc. Jej pomóc.
-Derek jest sprawa-powiedziałem dzwoniąc.
Wyszedłem z domu i wsiadłem do samochodu Dafne.
-Pomożesz mi ale najpierw załatw mi wizyte w psychiatryku.
-Nie wiem co kombinujesz i nie będę pytał. Zrobie jednak wszystko co w mojej mocy.
Ruszyłem do domu Dereka. Znając go jeszcze dziś odwiedze Zuze.
Od Zuzi
Nawet nie czekałam już na wizytę matki. Ojca szczególnie, byłam w stu procentach przekonana, że mnie nie odwiedzi. Przecież i tak jest alkoholikiem który ledwo co poszedł na odwyk. Co on mnie obchodzi? Od razu jak znormalniał poleciał do mojej matki, która wytarła w niego łzy. Nienawidzę go. Moja matka zresztą sama mnie odrzuciła po tym, jak policjanci skuli mnie w kajdanki i zabrali z mojego dawnego domu. Na zawsze zapamiętam twarz mojej mamy gdy policjant powiedział mi, że jestem podejrzana o zabójstwo. Te łzy w jej oczach... czułam jak wszystko we mnie pęka, wszystko się zawaliło. Zraniłam moją matkę, to było przegięcie... Jej cierpienie złamało mi serce, wypaliło ze mnie wszystkie uczucia. Nawet już nie tęsknię. Na pewno jest jej lepiej, skoro najwyraźniej o mnie zapomniała.
Zjawił się Weaving, mój lekarz. Stał przed moją celą i patrzył się na mnie z lekkim uśmiechem. To jedyna osoba która jest wobec mnie w porządku. Rozumie mnie i mój stan w jakim się znalazłam. Nawet cieszyłam się, że go widzę. Zawsze przynosił jakieś dobre wieści. A jeśli były złe, to przekazywał mi je na spokojnie. Nie co ten pieprzony policjant Whishaw. Tego to postrzelili chyba w mózg, bo zdaje się, że albo go nie ma, albo nie umie go używać.
-Masz gościa.
Gościa?
''GOŚCIA''?
Tak dawno nie miałam tu gościa. Do tej pory byłam tylko ja, cela i nikt więcej. Weaving mnie zaskoczył, w sumie nie pierwszy raz.
Do celi wszedł mój prawnik. Musiałam go w końcu zmienić, był do dupy. Miał na sobie czarny, markowy, drogi garnitur i czerwony krawat. Nienawidziłam krawatów, u niego wyglądał wyjątkowo paskudnie.
-Zuzanno...
Spojrzałam się na niego z nienawiścią. Spuścił wzrok.
I dobrze.
-Sprawa jest za godzinę, muszę cię zabrać.
Po miesiącu siedzenia w celi wreszcie mam szansę nacieszyć się słońcem, lub brzydką pogodą. Nie wiem jak jest na zewnątrz, już zaczynała mnie boleć głowa od siedzenia w czterech, tych samych ścianach.
Wsiadłam do czarnego volvo mojego prawnika. Byłam zmarnowana, wory pod oczami, sińce na nogach i rękach, które brały się nie wiadomo skąd. Blada twarz, bardziej niż zwykle. No tak, jeszcze te potargane, puszyste, okropnie pokręcone włosy... Szkoda słów.
Jednak w sądzie udało mi się wymknąć do łazienki i doprowadzić chociaż włosy do stanu w którym mogłam jeszcze się pokazać na sali sądowej.
Stres? Oczywiście. Druga sprawa w której mój prawnik nic nie udowodni sędziemu ani ławie przysięgłych. Standard. Czy mogłam nazwać swój obecny stan stresem...? Przecież doskonale wiem co będzie po rozprawie. Ta sama gadka co zawsze.
-Zuzanna Lawrence jest oskarżona o...
No i tą wersje zna każdy. Odpuśćmy sobie słuchanie tego samego. Wszyscy wiedzą, że to ja wywołałam pożar, zabiłam rodziców tej małej dziewczynki która nic a nic mnie nie obchodzi. Wyzbyłam się uczuć, jestem jak pusta puszka po coli. Jedyne co, to można mnie wyrzucić do śmieci.
Sprawa ciągnęła się w nieskończoność, mój prawnik radził sobie jednak lepiej niż wcześniej. Co go odmieniło?
Zbliżył się do sędzi, szepnął mu coś na ucho, i nagle sędzia jak wryty powoli wrócił na krzesło, tak jak siedział, złapał swój ''młotek'' i uderzył, kończąc sprawę. Ława przysięgłych zaszokowana aż wstała, zaniemówiła i znów usiadła. Mój prawnik zadowolony, z tajemniczym uśmiechem na ustach wyszedł z sali zabierając mnie ze sobą.
-Będą cię ścigać.
-Co? Czemu sprawa się zakończyła?
-Sprawa zakończona, ale w psychiatryku musisz siedzieć. Ja ci nie pomogę.
-Co się dzieje? Wyjaśnisz mi to?!
-Słuchaj. Scott i ty jesteście w niebezpieczeństwie.
-Skąd wiesz o Scott'cie?
-Wiem więcej, niż ci się wydaje. Teraz odwiozę cię do szpitala. On może cię wyciągnąć.
-Ale kim jesteś? Co Scott ma do tego?
-Jest tym, kim ja jestem.
-Jak to?
Uśmiechnął się kącikiem ust.
-Kimś, kto ma władzę, rozumiesz?
-Nie.
Odwiózł mnie do szpitala.
Kto będzie mnie ścigać? Co ze Scottem? Co się do cholery dzieje...?
piątek, 14 sierpnia 2015
Od Scotta
Coraz częściej śniłem o wilkach. Co noc. Sny były bardzo do siebie podobne. Poszukałem w internecie znaczenia snu o wilku. Wyczytałem że ktoś z kręgu moich bliskich może okazać się moim wrogiem i w tej spostraci będzie szczególnie niebezpieczny i że będzie grozić mi niebezpieczeństwo. Nie wierzyłem w to lecz to było dziwne że tak nagle mam co noc takie same sny przez które płaczę. Co się budziłem to miałem twarz i poduszkę mokre. To nie było fajne uczucie. W dodatku nie mogłem się tak na prawde ruszać z łóżka.. No tyle tylko że do łazienki. Chłopaki odwiedzali mnie codziennie. Przychodził też trener z resztą drużyny, paru nauczycieli i uczniów ze szkoły. Byłem lubiany w szkole a przynajmniej na to wyglądało.
Dziś wreszcie mogłem wrócić do szkoły. Przyjechał z rana po mnie Maks. Tata jednak nie chciał mnie póścić z nim.
-Ja cię osobiście zawiozę.-odparł.
-Nie, tato. Nie możesz mnie pilnowaćna każdym kroku. Co ma być to będzie.-odparłem i kuśtykają o kulach podszedłem do samochodu przyjaciela. Otworzyłem sobie drzwi i wsiadłem. Nie było łatwo bo podpierałem się tylko o jedną kule. Na szczęście miałem złamaną prawą nogę i lewą rękę to dawałem radę jakoś się podpierać.
-Kaleka-odparł Maks.
-Mówisz tak samo jak Zuza.
-Jaka Zuza? Czy ja o czymś nie wiem.
-E tam.. Moja sąsiadka.
-Aaa ona! To ci dopiero..
-Co?
-Nie słyszałeś? Podobno zwariowała, zabiła kobiete i mężczyznę a tylko pozwoliła przeżyć ich córce. To wariatka! Siedzi w psychiatryku!
-Nie... Nie wierze...
-To uwierz! Od tygodnia już tam siedzi.
-Gdzie noby zabiła tych ludzi?
-W Forks. Podpaliła dom. Mają nagrania
Teraz nagle coś do mnie doatarło.
Nocmy wypad na paredni do Forks.. Nic nie chciała powiedzieć, nie chciała bym został... Obok mojego kuzyna spalił się dom w którym zgineła para.
To było wszystko jakieś dziwne.
(Dobra lece spać bo jjz oczu sie klejoooo)
Od Zuzi
-Co się z Tobą stało?
-Mały wypadek na drodze.
-O boże...
-Nic mi nie jest...
Uniosłam brwi i nagle złapałam go odruchowo za rękę.
-Dobrze, że nic Ci nie jest. - zdziwiona cofnęłam dłoń ale nie spuszczałam z niego wzroku. - Przepraszam...
-Nie ma sprawy, Zuz.
-A nie wiesz kiedy wrócisz do szkoły?
-Za tydzień wstaję z łóżka.
-Kaleka. - zaśmiałam się. - Przepraszam, mam dość specyficzny humor...
-To podobnie jak ja. Co u ciebie?
-Wiesz... Szczerze? Nawet nie pamiętam, żebym była w Forks... poza tym wybuchł pożar...
-Wiem, byłem tam kilka domów dalej u kuzyna. Nie wiem kto był tak chory żeby zrobić coś takiego.
-Wiesz... mogę Ci coś powiedzieć? Tylko... nie uznaj mnie za jakąś obłąkaną. To mi się nie śniło..
-Co jest?
-Jak wtedy odeszłam od ciebie w szkole... miałam taki... jakbym zobaczyła coś na własne oczy, cofnęła się nagle gdzies myślami... zobaczyłam siebie, jak ratuję małą dziewczynkę z płonącego domu a potem biegłam... chyba... uratować kogoś jeszcze... ale ktoś chyba mi przerwał...
-Kto?
-Nie wiem! Nie pamiętam twarzy... wiem, to brzmi dziwacznie...
-Rzeczywiście... ale na pewno jest jakieś wytłumaczenie...
-Chciałabym wiedzieć jakie...
-Nie pamiętasz nic?
-Nic a nic... gdybym tam była, policja pewnie by do mnie przyjechała...
Dostałam telefon. Mama.
Odebrałam.
-Kochanie... nie rozumiem. Policja chce się z tobą widzieć... o co chodzi?
Spojrzałam się na Scotta zdezorientowana.
-Zaraz będę mamo...
Rozłączyłam się i wyjrzałam przez okno. Rzeczywiście.
-Co jest?
-Nic. Mama potrzebuje pomocy bo sąsiedzi z naprzeciwka znowu mają pretensje bo myślą, że mama ich okradła gdy była u nich oddając książkę. Są starzy i kopnięci. Policja przyjechała więc myślę, że powinnam jej pomóc i wytłumaczyć policji sytuację. Pa kaleko. Zobaczymy się potem?
-Jasne, przyjadę na moim jednorożcu pod twoje okno z rozwaloną nogą.
-Romantycznie, cyborgu. Tylko, że ja nie jestem romantyczna ani trochę. Jestem jak jedna czwarta lasek na świecie. - zaśmiał się.
-To dobrze, że nie jesteś romantyczna, ja też nie za bardzo.
-I super. Twoja przyszła dziewczyna to szcześciara.
-Chyba pechowiec.
-Nie sądzę. - uśmiechnęłam się. - Do zobaczenia, Scott.
Wyszłam, pożegnałam się z jego rodzicami i poszłam do domu.
Weszłam tylnymi drzwiami i gdy stanęłam w progu, mając przed sobą salon, dwóch policjantów wstało z kanapy i spojrzało się na mnie. Jeden podszedł blisko i spojrzał się na mnie.
-Dzień dobry.
-Dzień dobry. - uśmiechnęłam się, a raczej starałam się sprawiać szczęśliwą/normalnie nastawioną do obecnej sytuacji.
-Powiem wprost, pani Lawrence. Jest pani podejrzana o zabójstwo rodziny Kingsley.
-Słucham? - wycedziła moja mama.
Jednak tam byłam...
-Przepraszam... a...ale... ale... - zatkało mnie. - Ale nie sądzę, że tam byłam.
-Nagranie z kamer mówi co innego, proszę pani.
-Przepraszam, naprawdę... ale ja nie byłabym w stanie nikogo zabić...
-Kochanie... czy to prawda? - mama spojrzała na mnie ze łzami w oczach.
To mnie zniszczyło, zbombardowało mnie to, że w jej oczach jestem przestępczynią która prawdopodobnie straciła świadomość i spaliła rodziców małej dziewczynki po czym uciekła i jak gdyby nigdy nic wróciła do Mystic Falls. Jako przestępca.
-Mamo... - zaczęłam płakać.
-Proszę z nami, pani Lawrence.
-Ale...
Drugi policjant zakuł mnie w kajdanki.
-Przepraszam ale mam prośbę. Czy mogłabym się... ech... możemy wyjść tylnymi drzwiami a jedno z panów może podjechać z boku domu? Nie chcę, by zobaczył to ktoś... będą ploty... mama nie może sobie pozwolić na... na... na publiczne kpiny ze strony innych ludzi. Jest artystką, nie chcę na nia sprowadzać kłopotów.
To jedyne co mogłam wymyślić. Scott i tak się dowie, ale nie chcę, by widział to w ten sposób gdy jest w takim stanie.
-Em... tak, skoro to ostatnia wolna decyzja dla pani to proszę bardzo. - skomentował złośliwie ten wyższy umięśniony blondyn i wyszedł poprawiając broń przy pasie.
-Kocham Cię mamo...
Mama nic nie odpowiedziała.
To mnie załamało.
To koniec. Ktoś mnie załatwił w łatwy i szybki sposób.
Może cokolwiek sobie przypomnę...?
Mijały dni, a ja tak po prostu zapominałam gdzie jestem, co tu robię, za co siedzę w więzieniu. Po jakimś czasie psycholog stwierdził zanik pamięci, ale nie wie dlaczego. Uznali mnie za chorą psychicznie, wsadzili do psychiatryka. Cele było osobne, plastikowe, mocne, wytrzymałe i przeźroczyste jak szkło. Z jednym, nawet wygodnym łóżkiem i oknem z kratami nad miejscem do spania. Mama mnie nie odwiedzała. Mój ojciec tylko był raz jak tu trafiłam. Brzmiało to jak pożegnanie z jego strony. Odwrócili się ode mnie albo coś... Nie wiem. Jestem sama.
Sprawa nadal się toczy, mam najlepszego prawnika w USA, ale wszystko wskazuje na to, że to ja zabiłam rodziców tej małej dziewczynki. Nie wyjdę z tego.
Nie wiem co dzieje się w mojej głowie. Mam przebłyski pamięci z tamtego pożaru który sama zresztą wywołałam. Ze swojego dawnego życia które pozostało poza murami szpitala psychiatrycznego pamiętam tylko Scotta i ledwo co rodziców. Nic więcej. Nawet obraz Cassidy mi się zamazuje. Pamiętam jednak Michaela. Cały czas widzę jego pierdoloną mordę przed twarzą. Coś mi tu nie pasuje. Coś się stało, a ja nie pamiętam co ma z tym wspólnego mój prześladowca.
W ogóle... czy Scott o mnie pamięta? Czy ktokolwiek o mnie pamięta?
Wszedł policjant, który odwiedzał mnie prawie codziennie. Prowadził tą sprawę, a moim stanem przejmował się szczególnie.
-Jak się czujesz?
Siedziałam skulona na łóżku, patrząc się w gumową podłogę. To istne wariactwo. Wszystko jest tu miękkie, albo z gumy...
-Pamiętasz coś?
Spojrzałam się na niego i westchnęłam głęboko.
-Tak. Ale tylko do momentu, kiedy ktoś mi przeszkodził... ktoś coś kazał mi zrobić...
-Posłuchałaś się kogoś, kto zjawił się znikąd w domu gdy wybuchł pożar?
-Czy mówię nie wyraźnie? - uniosłam brwi podirytowana.
-Pamiętasz jego twarz? - zignorował moje słowa.
Dupek.
-Nie.
-Przypomnij sobie.
-Staram się. - wycedziłam przez zęby.
-Masz problemy z agresją?
-Nie. - odparłam szybko unikając następnych pytań od policjanta. - To wszystko?
-Nie. Jest coś jeszcze.
-Co znowu?
-Tamta dziewczynka którą uratowałaś... pamięta twoją twarz. Ale mówi, że chciałaś wrócić po rodziców. Chwilę później zobaczyła jak wchodzi ktoś do środka, kilka minut później zobaczyła ciebie. Szłaś jak zahipnotyzowana do swojej mazdy i odjechałaś bez słowa. Minęłaś policję, karetkę i zbiorowisko ludzi którzy tam byli.
-Mówiłam, że coś się ze mną stało. Nie panowałam nad tym co robię, nie jestem zdolna by zabić ludzi.
-Musisz sobie przypomnieć kto to był.
-Co to za różnica? I tak będę siedzieć w tym pieprzonym psychiatryku do końca życia.
-Aż wyzdrowiejesz.
-Pieprzysz tak samo jak pielęgniarki i mój lekarz. Nie wyjdę stąd. Wiesz o tym.
Wstał, a ja ruszyłam za nim i walnęłam go na ścianę. Zjawiła się pielęgniarka, odciągnęła mnie i wstrzyknęła mi środek uspokajający.
Wszystko zaczynało wirować. Położyli mnie na łóżku i zasnęłam.
Od Scotta
Tata pomógł mi usiąść na wózku inwalidzkim i zaczął wieść mnie do domu. Czułem sie jakby cały mój honor poszedł się.... To było beznadziejne uczucie!
W domu musiałem spać w pokoju gościnnym na dole. Wspaniale! Przynieśli mi laptop i trochę rzeczy o które ich prosiłem. Zaczynało już mi sie nudzić.
Włączyłem sobie film jednak byłem tak wyczerpany że usnąłem.
Miałem dziwny sen. Śniło mi sie że była zima a ja chodziłem po lesie sam. Zobaczyłem przed sobą białego wilka biegnącego po zaspach.

Był przepiękny! Lubiłem wilki. Były pięknymi zwierzętami i dzikimi. Kiedyś jak byłem mały byłem z tatą w pewnym rezerwacie. Tata miał tam sprawy biznesowe do załatwienia. Podobno wymknąłem się z domku i poszedłem sam w las. Jeden z wilków mnie zaatakował i przez to miałem bliznę na brzuchu.
Nagle w śnie kiedy ten biały wilk znikł w lesie usłyszałem hałas za sobą. Odwróciłem się i zobaczyłem obok siebie szarego wilka.
Chciał mnie zaatakować! Zacząłem biec ale w pewnym momencie zatrzymałem sie. Nie mogłem sie ruszyć ani wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Widziałem jak wilk biegnie do mnie a potem skoczył na mnie.
Obudziłem się.
-Znowu koszmar?-zapytała Julka.
-Taa..
-Płakałeś przez sen.
-Na prawdę?
Rzeczywiście. Miałem mokrą twarz.
-Co ci sie śniło?
-Wilki.
-tata mówi że to złe zwierzęta.
-Nie są złe tylko dzikie i przepiękne. Jak wrócę do formy to zabiorę cie do rezerwatu i może jakieś spotkamy.
-Obiecujesz?!
-tak.
-Super!!!
Mała poprawiała mi humor. Kochałem ją. Była obecnie jedyna dziewczyną na której mi zależało. Innymi sienie interesowałem jednak zastanawiałem sie co słychać u Zuzi..
Jak na zawołanie usłyszałem głos Dafne.
-Scott masz gościa!
Do drzwi ktoś zapukał.
-Proszę.
Myślałem ze to Maks lub chłopaki jednak to była Zuzia..
środa, 12 sierpnia 2015
Od Scotta
Po szkole wróciłem do domu. Tata chciał że mną porozmawiać.
-Dafne jest tata? -zapytałem.
-Nie. Dostał telefon i musiał jechać. Przeprasza Cię za to i powiedział że jak wróci to porozmawiacie.
-No dobrze ale wieczorem mam trening więc dopiero po nim mógłbym.
-Dobrze przekaże mu.
Wszedłem po schodach na górę do swojego pokoju. Czułem się dziwnie. Chyba będę chory. Trener się nie ucieszy bo za 2 tygodnie mamy mecz.
Otworzyły się drzwi i do mojego pokoju weszła Julka.
-Scott mama ma samochód w naprawie a taty nie ma... Zawiózł byś mnie do szkółki?
-Tata nie będzie zadowolony.
-Mama wyraziła zgodę.
-Jeśli tak to dobrze.
Wyszliśmy z domu. Dałem Juli jej kask i sam też założyłem. Wsiadłem na motorze i pomogłem młodej. Odpaliłem go i ruszyliśmy.
Moja siostra jeździła konno. Tata nawet kupił jej konia. Trzymaliśmy go w wykupiony boksie w stadninie. Codziennie Julka oporządzała go a jak nie mogła robił to stajenny. Moja siostrzyczkę na prawdę lubiła konie.
Nie jechałem szybko. 50km\h to nie było dużo. Zazwyczaj jeździłem od 90km\h w górę.
Wysadziłem ją w stadninie i popatrzyłem jak biegnie w stronę boksów.
Odjechałem.
Wracałem już szybciej. Jednak z głową. Już prawie byłem w domu kiedy nagle samochód wyjeżdżający z osiedla nie dostosował się do ustąpienia pierwszeństwa i wyjechał szybko. Chciałem go ominąć jednak jechałem za szybko. Uderzyłem w tylne drzwi gdzie na szczęście nikt nie siedział i przeleciałem przez samochód. Upadając parę metrów dalej już byłem nieprzytomny....
***
*dwa dni potem*
Obudziłem się w szpitalu. Była przy mnie Dafne z Julką.
-Jak bardzo źle jest?-zapytałem.
Nic nie czułem pewnie z powodu leków.
-Wstrząs mózgu. Złamana ręka i noga.
-Cholera! Mam mecz za 2 tygodnie!
-To przeze mnie ..-po płakała się Julka.
-Nie przez ciebie tylko idiote który wyjechał mi na droge-odparłem
-Tata jest w drodze. Nie jest zadowolony. Oddał motor na złom.
-Co?! Jak mógł?!
-Powiedział że już nie będziesz jeździł motorem
-Będę! Wiesz że lubię to
-Nie dam rady przekonać go do zmiany decyzji.
Do sali wszedł Maks
-Jejku chłopiec jak wy wyglądasz
-To mnie nie pociesza wiesz?
-Trener jest załamany
-Domyślam się.
-Trenują teraz codziennie po dwa razy więcej. Dostałem propozycję zastąpienia cię jakbyś nie miał nic przeciwko
-Nie mam.. Musimy wygrać
-Wiem. Inaczej nie dostaniemy się dalej
Byłem wściekły i załamany... No ale nic nie poradzę. Będę musiał teraz pewnie siedzieć w domu... Chyba nie może być już gorzej..
wtorek, 11 sierpnia 2015
Od Zuzi
Miałam się tu spotkać z tamtą dziewczyną, nie znałam jej imienia. Może warto byłoby je poznać? Nie wiem czy powinnam jej ufać ze względu na to, że również jest z poprawczaka i wygląda nie ciekawie...
-Ale starsza pani mówiła, że to numer 48, a nie 37. - zauważyłam numer domu pod który zaprowadziła mnie dziewczyna.
-Skąd wiesz? - zmierzyła mnie zła.
-Starsza pani w parku mi powiedziała..
-Nie słuchaj jej, ta stara nie wie co mówi.
-Ale proszę, z szacunkiem.Do starszej osoby tym bardziej...
-Wszystko jedno. - machnęła ręką i poszłyśmy.
W tym domu nie paliły się światła. Dziewczyna włamała się do środka i kazała mi wejść szybko i podpalić dom.
-Zrób to teraz.
-Czemu tak ci na tym zależy?
-Bo tak! Już, rób to.
Zapaliłam zapałkę i spojrzałam na nią. Wahałam się.
Miałam się właśnie wycofać. Dość tego pieprzenia. Nie mogę zabić niewinnych ludzi. Koniec tego.
-Nie zrobię tego. - spojrzałam na dziewczynę.
-Co!? Zrobisz to! Teraz, tak jak mówię!
-Czemu tak ci na tym zależy, co?!
-Nie pierdol tylko spal ten dom! - popchnęła mnie specjalnie, bym upuściła zapałkę na dywan polany alkoholem.
Ona uciekła ze śmiechem, a ja pobiegłam na górę dopiero po chwili. Jednak gdy udało mi się tam dobiec po takim czasie, na górze panował już pożar. Pobiegłam do dwóch pokoi, ale były puste. Na dole włączył się alarm przeciw pożarowy. Spanikowałam. Usłyszałam kaszlenie w pokoju na końcu korytarza. Uratowałam dziewczynkę. Około ośmiu lat. Pytałam gdzie są rodzice, ale musiałam ją wyciągnąć z pożaru. Wróciłam do domu dusząc się, szukając rodziców. Jednak gdy znalazłam ich, ktoś stanął przede mną. Ktoś wysoki, podobny do Michała...
Tak, to był on.
Zdziwiona jego obecnością tutaj chciałam uciec, zadać pytania... ale spojrzał mi w oczy, powiedział kilka słów i zniknął.
Nic nie pamiętam... Nic a nic. Siedzę w swoim domu na kanapie, z zimnym okładem na czole. Co się stało właściwie? Spytałam się mamy, która siedziała w fotelu obok i oglądała z zaciekawieniem telewizje. Spojrzałam kątem oka i przysłuchałam się wiadomościom.
-Wczoraj, o godzinie dwudziestej trzeciej trzydzieści wybuchł pożar w Forks, na Willson Way 37. Przeżyła dziewczynka, ale jej rodzice zginęli w pożarze. Nikt nie wie co się stało, wszyscy spali, nikt nic nie widział. Sprawca jest poszukiwany. Monitoring w domu rodziny pomoże nam znaleźć sprawcę pożaru i śmierci rodziców dziewczynki.
-Matko... kto był zdolny do czegoś takiego? - spytałam w tym samym momencie z mamą.
-Obudziłaś się już?
-Tak... wróciłaś?
-Tak. - uśmiechnęła się. - Głodna?
-Nie... która godzina?
-Siódma.
-Idę do szkoły.
-Jesteś niepoważna! - zdziwiła się mama.
-Dam radę.
Wyszłam z domu i z lewej jak zwykle zobaczyłam Scotta. Uśmiechnęłam się do niego a on do mnie.
-Podwieźć Cię, zgubo?
-Zgubo? - zaśmiałam się.
-Twoja matka była u nas i się o Ciebie pytała. Ale wróciłaś do domu cała i zdrowa.
-Ale... gdzie byłam? - spytałam zdziwiona.
-Jak to...? Nie pamiętasz...?
-W Forks... no tak, wyjechałam na mały odpoczynek. - parsknęłam śmiechem przypominając sobie wszystko.
-Wszystko w porządku? - spytał podejrzliwie.
-Tak, pewnie.
-Jedziesz ze mną?
-Jak mogę się nie zgodzić? - uśmiechnęłam się i pojechałam z nim.
W szkole Michał był dla mnie dziwnie miły niż zwykle. Patrzył na mnie tymi swoimi miodowymi, nieludzkimi oczami i uśmiechał się do mnie zapraszając na imprezę u niego w sobotni wieczór. Dziwne... Co go odmieniło? Czy rozmawiał ze Scottem?
Właśnie Scott podszedł do mnie gdy rozmawiałam z Cass przy szafkach.
-Hej Cassidy. Cześć Zuza. - spojrzał na mnie a ja na niego.
-Hej.
-Coś nie tak?
Zabolała mnie głowa, silne ukłucie, jakby ktoś wbijał mi szpilkę w czaszkę przebijając się do mózgu.
-Źle się czuję...em... możemy porozmawiać...? - spytałam i spojrzałam się znacząco na Cass.
-Ach! Tak,tak! Zobaczymy się potem. Pa Scott.
-Cześć Cass. - uśmiechnął się do niej i spojrzał na mnie.
-Co jest?
-Rozmawiałeś z Michałem ostatnio?
-Nie. Miałem to zrobić... a czemu pytasz?
Zdziwiona odwróciłam od niego wzrok i nagle dostałam dziwnego przebłysku... jakbym coś zobaczyła...
Złapałam dziewczynkę z płomieni. Uciekłam z płonącego domu, wróciłam tam... biegłam korytarzem...
-Wszystko w porządku? - spytał Scott.
Spojrzałam na niego. Martwił się... chyba.
-Tak... widzimy się potem, tak? - uniknęłam go i odeszłam szybko znaleźć Cass.
Stała przy swojej szafce przy sali do matematyki na pierwszym piętrze. Dopadłam ją i stanęłam na przeciwko niej.
-Hej Zuza! Co tam? Nie wyglądasz najlepiej...
-Kojarzysz ten pożar w Forks? - spytałam.
-Tak! Co za nędzna kreatura ludzka mogła to zrobić!
-Em... tak... eh... czy mówiłam Ci w ten weekend gdzie jadę?
-Nic nie mówiłaś, byłaś gdzieś?
Milczałam.
-Zuzanno, zaczynam się martwić...
-Jest dobrze. - przybrałam swój stary uśmiech i udawałam, że jest dobrze.
-Chodźmy na lekcje. Nie strasz mnie...
Poszłyśmy na lekcje. Michał rzeczywiście się mnie nie czepiał... dziwne... Czuje się, jakbym coś przeoczyła... Ale co to takiego?
Nie ważne. Na pewno teraz będzie lepiej!
Od Scotta
Dzwonił mój tata. Odebrałem.
-Scott gdzie ty u diabła jesteś?!
Oooo musi być na prawdę wściekły...
-W Forks. Wszystko jest dobrze za parę godzin będę w domu. Nie martw się. Nie piłem i nie zażywałem narkotyków ani nikt mi ich nieświadomie nie podał.
-To co ty u diabła robisz w Forks?!
-Przyjechał em odwiedzić kuzyna. Pamiętasz? Mieszka tu z dziewczyną.
-Do wieczora masz być. Jutro szkoła!
-Dobrze tato.
Rozłączyłem się. Nie skłamałem. Postanowiłem na prawdę odwiedzić kuzyna. Był ostatnim moim bliskim członkiem rodziny od strony mamy. Dziadków nie znałem bo umarli parę lat przed moim przyjściem na świat a reszta rodziny była mi obcą z powodu odległości.
Wróciła Zuzia.
-I jak tam? Wracasz za parę godzin że mną?
-Emm... Nie posiedzę tu jeszcze trochę.
-Jak chcesz mogę ci po towarzyszyć. Wziął bym osobny pokój. A przy okazji spotkał bym się z kuzynem i jego dziewczyną. Mieszkają w okolicy. Dawno ich nie widziałem.
-Wolałabym zostać sama.
-No dobrze.. W sumie to się nie dziwie. Nie znamy się w końcu za dobrze a prawie w ogóle. Dobra to ją ci już nie przeszkadza. Pójdę na miasto, zadzwonił do kuzyna. A wieczorem odjadę a samochód po dotarciu do domu zostanie u ciebie przed domem. Do zobaczenia pewnie kiedyś. -powiedziałem wychodząc.
Nie czekałem na to co ona powie. Zrozumiałem ją. Zresztą za nic jej nie winiłem. Pewnie też bym nie chciał by obcą osoba wchodziła mi w plany z butami.
Pojechałem na miasto. Zjeść coś i spotkać się z kuzynem.
Na mieście zadzwonił em do kuzyna.
-Część Scott co tam słychać?
-A jestem właśnie w Forks i pomyślałem że może byśmy się spotkali co ty na to?
-Wspaniałe się składa! Za 15 minut w tamtej kafejce co zawsze?
-Właśnie w niej jestem.
-To zaraz będziemy.
Rozłączyłem się a ją kupiłem sobie kawę i ciastko.
Po chwili byli.
-Annie jak bardzo się zmieniłaś... Jesteś w ciąży?! - zapytałem zaskoczony.
-Tak. To będzie dziewczynka. I w tej sprawie mamy do ciebie prośbę. -powiedziała patrząc na swojego chłopaka a mojego kuzyna.
-Chciałbyś być chrzestnym dla Rosy?-powiedział mój kuzyn.
-Dla mnie to zaszczyt! Z przyjemnością.
-Dziękujemy Scott. A u ciebie co tam słychać?
Rozmawialiśmy parę godzin po czym juź mieliśmy się rozchodzić kiedy Annie zapytała.
-Może Chciałbyś u nas zostać na noc? Nawet dłużej jak tylko chcesz.
-W sumie gdyby to nie był kłopot..
-Jaki kłopot. Moja żona uwielbia gości a ją też nie mam nic przeciwko.- odparł Finnick
-Dobrze to spotkamy się na miejscu bo samochód mam przed hotelem.
-To zrobię kolację.
Poszedłem pod hotel. W oknie z pokoju Zuzi świeciło się światło. Polibiłem ją nawet
Wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu kuzyna i jego żony Annie.
niedziela, 9 sierpnia 2015
Od Zuzi
Od Scotta
-Ojciec mnie zabije za tę nocną eskapadę. Mogę chociaż wiedzieć dlaczego to jest takie pilne?
-Musze.. coś załatwić.
-Ok.. czuje że chyba raczej nie chcę wiedzieć.
-I prawidłowo.
-Ale chyba nie uciekasz z domu?
-Nie.
-To dobrze. Przynajmniej tyle. Rodzice wiedzą?
-Emm tak.
-Nie umiesz kłamać a ja potrafię sie orientować kiedy ktoś kłamie. Nie martw się.. nic nie powiem.
-Dzięki. I przepraszam że Cie obudziłam.
-Spokojnie. Masz szczęście że dziś na imprezie nie piłem. Szczerze? Właśnie zasypiałem kiedy zaczęłaś dobijać mi sie do okna. Chyba nigdy nie zrozumiem dziewczyn. Większość podrywa normalnie a nie po nocy rzuca im korkami w okno by zawieźli je gdzieś w nieznanym i tajemniczym celu.-zaśmiałem się.
-Nie podrywam Cię..
-To jeszcze lepiej.-odparłem.
-Nie masz dziewczyny?
-Nie.
-Tak też myślałam.. nigdy nie wadziłam Cie z jakaś.. jesteś gejem?
-Coo? Tak jestem gejem a w piwnicy przetrzymuje małych chłopców bo jestem też pedofilem. Uważaj. Jesteś młodsza a wiesz jak to jest.. raz dziewczynka raz chłopaczek żeby życie miało smaczek.
-Jesteś śmieszny. Masz poczucie humoru.
-Pewnie po matce. Ojciec go nie posiada.
-Widziałam twoja mamę. Ładna jest. Musiałeś wrodzić sie do dziadków bo nie jesteś podobny do ani taty ani mamy.
-Widziałaś moja mamę?-zdziwiłem się.
-Tak. Bawiła sie z twoja siostrą.
-Aaaa Dafne.. ona nie jest moją biologiczna matką.
-Twój tata ponownie wyszedł za maż?
-Kiedy miałem 9 lat. Długo sie zbierał do tego.
-Nie interesowały go inne kobiety czy nadal chciał wrócić do twojej mamy a ona nie chciała?
-W 50% to drugie. Moja biologiczna mama umarła w trakcie mojego porodu.
-Nie wiedziałam.. przepraszam.. i współczuje.
-Nie szkodzi. Nie mogłaś wiedzieć. Nawet sie prawie nie znamy. A to dziwne bo mieszkamy obok siebie.
-Nie mam szerokiego grona znajomych.
-Dlaczego? Nie byli zadowoleni z nocnych ataków na ich okna?
-Nie. Po prostu jestem dziwna.
-Noo nie zaprzeczę. Ale nikt nie jest normalny.
-A ja już na pewno.
-Pierwsze co pomyślałem kiedy usłyszałem walenie w okno to że Maks z chłopakami są tak pijani ze zaczynają świrować.
-To twoi przyjaciele?
-Maks tak a reszta to raczej dobrzy kumple. Powinnaś dołączyć do szkolnej grupy cheerleaderek.
-Dlaczego?
-Masz dobrze zbudowane ciało.. i nie chodzi tu o podtekst tylko o umięśnione ciało czyli zadbane. Ćwiczyłaś kiedyś coś? A poza tym przyda sie nowa krew. Sam też wróciłem do szkolnej drużyny.
-Nie nadaję sie do tego.
-Dlaczego?
-Nie słyszałeś jaka mam opinię? Kujonica i takie tam.. dziwaczka.
-E tam.. ludzie gadają i gadać będą a szczególnie w szkole. Nie przejmuj się.. a Michałem i jego kolegami sie nie przejmuj. To debile. Ode mnie chłopaki są cięci na nich. Podpadną bardziej a podejrzewam że w jednych kawałkach nie wyjdą. Sam mam ochotę spotkać sie sam na sam z Michałem. On jest największym idiotą z nich wszystkich. Nie lubię jak ktoś dokucza słabszym.. A on to robi i to mnie drażni.
-On jest niebezpieczny.
-Bo był w poprawczaku? Proszę! Jedyne co umie to straszyć słabszych a niech sie zrówna z silnymi sobie. Wtedy przestanie być taki zaborczy.
Po paru godzinach byliśmy prawie na miejscu. Byłem już trochę zmęczony. Do tego czułem się dziwnie.
-Paliwo sie kończy. Muszę znaleźć najbliższą stację.
-Wzięłam jakieś pieniądze to dobrze..
-Ja zapłacę. Nie lubię jak dziewczyna płaci.
-Ale to w moim interesie jedziesz.
-I co z tego? Lubie jeździć samochodem.. szczególnie w nocy z tajemniczą i nowo poznaną dziewczyną. Mam nadzieje że tylko nie wpadniesz w kłopoty tam gdzie chcesz jechać. Biorę za ciebie odpowiedzialność. Jestem praktycznie pełnoletni a ty jesteś ode mnie młodsza. Jestem chwilowo twoim.. opiekunem?
-Mną sie nie przejmuj.
-Nie mogę. Wiesz jak jakaś dziewczyna dobija sie do mnie po nocy bym ją gdzieś zawiózł to sie przywiązuje szybko..
-Nie pierwszą masz taka sytuację?
-Żartuje. To pierwszy raz.
Zuzia byłą fajna. Prawie jej nie znałem.. była tajemnicza i mądra. Nie to co większość pustych dziewczyn ze szkoły. Tylko szkoda że nie umiała postawić sie Michałowi. Musze chyba z nim pogadać.. Tak.. Tak zrobię jak tylko pójdę do szkoły. Trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. Nie bedzie nękał słabszych od siebie.
-Stacja-powiedziała Zuzia.
-To dobrze bo czuję że dalej byśmy nie dojechali.
Zajechałem i zatankowałem. Pojechaliśmy dalej. Został już nieduży kawałek drogi.
sobota, 8 sierpnia 2015
Od Zuzi
Podszedł do mnie sam, bez swoich kolegów. W sumie była szósta, nikogo w szkole nie było.
-Chodź do lasu.
-Co?!
-Tutaj są kamery.
Poszłam za nim tam gdzie kazał. Stanęliśmy, Michael z uśmiechem złapał mnie za łokieć z całej swojej siły. Przestraszyłam się.
-Czego chcesz?
-Ja mam kuratora. Nie mogę sobie pozwolić na żaden zły ruch...
-O co chodzi?
-Musisz dla mnie coś zrobić. Dziewczyna ze swoim chłopakiem wpakowali mnie do poprawczaka... nie daruję im tego, ale ktoś musi zrobić za mnie całą robotę. Masz ich zabić.
-Co!?
-Inaczej ja załatwię ludzi, którzy zajmą się twoją matką odpowiednio. - uśmiechnął się.
-Chory jesteś! Boże! - szepnęłam.
-Zrobisz to.
Spojrzałam na niego.
-Tak... zrobię... - westchnęłam.
-Masz na to miesiąc.
Odszedł a ja odprowadziłam go wzrokiem. Spojrzałam jeszcze, czy nikogo tu nie ma. Nie, jest czysto.
Michael potem podał mi dokładne dane dziewczyny i chłopaka. Maja ma dziewiętnaście lat, a Kosper dwadzieścia. Musiałam to zrobić... niestety. Bałam się, ale dam radę.
Mieszkają w Forks, to szmat drogi stąd. Około dwóch godzin. Nikomu o tym przecież nie powiem, gdzie jadę ani nic z tych rzeczy. Cass mnie nie zawiezie, zrobię to po kryjomu.
Wymyśliłam... To nie najlepszy pomysł, ale jedyny jaki jest możliwy.
W domu mamy nie było. Jutro sobota, więc mam czas na przemyślenia i szybkie działanie. Najpierw sklep, ale to dopiero na miejscu. Dwie rzeczy miałam w ''kieszeni''. Michael załatwił mi broń. Schowałam je w plecaku.
Usiadłam w pokoju. Mama wyjechała na weekend, mam luz. Spojrzałam się na lustro które było naprzeciwko.
-Boże. Na co ty się zgodziłaś...? - pomyślałam.
Późnej nocy ubrałam się tak, by być niezauważoną. Można by powiedzieć, że jestem w stroju nindży. Bo tak było... Miałam na sobie taki strój, śmiesznie w nim wyglądałam, ale za razem moja sylwetka i figura... to było wyraźniejsze jeszcze bardziej niż zwykle.
Przestałam się bać... mój mózg był tak zrezygnowany, tak zadręczony i wymęczony... że było mu wszystko jedno co robię, ważne, że będę miała spokój.
Wszystkie światła w moim domu pogasiłam, ogrodowe też. Wyjrzałam przez okno. Scoot ma zgaszone w swoim pokoju, widocznie wszyscy śpią. Obeszłam jego dom i podeszłam pod jego okno po drodze wiążąc czarne sznurówki czarnych trampek za kostki. Wyprostowałam się, zastanawiałam, jak mogę zwrócić jego uwagę. Tak, muszę uciec z miasta w nocy. Wszyscy mnie znają z kawiarni. Miałam wszystko pięknie zaplanowane, czułam się jak prawdziwy złoczyńca. Wiedziałam, że robię źle, powinnam komuś powiedzieć... ale moja mama jest w niebezpieczeństwie, w tym ja i całe moje życie. To jest jeszcze głupsze, nierozsądne i w ogóle przechodzi ludzkie pojęcie. Ale musiałam. A Scoot tylko pomoże dostać mi się do Forks... nic nie będzie wiedzieć.
Niczym nie mogłam rzucić w jego okno. Nie miałam jego numeru, no nic. Myślałam dłużej, nadal nic nie wymyśliłam. Pochodziłam po ulicy. Podniosłam trzy korki od coli, przeszłam cicho i zwinnie przez jego płot i przygotowałam się do pierwszego rzutu w okno. Pierwszy. Klasa! No elegancko trafione! Drugi korek... też trafiony. Scoot nadal spał, albo coś. Cisnęłam korkiem prosto w samo okno i wtedy po kilku sekundach otworzył je Scoot. Spojrzał na dół. Zaskoczony, zaspany i zdziwiony nawet nie wiedział co powiedzieć.
-To ty? - zdziwił się i mrużył oczy.
-Możemy pogadać? - szepnęłam. - Potrzebuję twojej pomocy...
-Mojej?
-Tak.
Zaskoczony zszedł po cichu na dół i otworzył drzwi. Nie zapalał światła. Weszliśmy do pokoju gościnnego, zapalił światło i spojrzał na mnie.
-Co robisz pod moim oknem w stroju nindży o drugiej w nocy?
-Podwieziesz mnie do Forks?
-Słucham?
-Potrzebuje pomocy, właśnie od ciebie.
-Ale kiedy chcesz jechać?
Spojrzałam na niego znacząco.
-Teraz?! - szepnął tłumiąc w sobie krzyk. - Boże... Jesteś nienormalna. - zaśmiał się.
-Naprawdę potrzebuje pomocy, nikt inny nie może wiedzieć, że... że wyjadę na kilka dni...
-Kilka dni?
-Zrobisz to? Chyba, że... no nie wiem... - spytałam.
-Em... Ech... No... Jezu, dobra. - parsknął. - Ubiorę się...
-Masz prawo jazdy? - spytałam jeszcze.
-Mam, ale samochodu nie za bardzo.
-Załatwię. Czekaj na zewnątrz.
Wyszłam i wróciłam z samochodem mamy. To czarny terenowiec, który mama mi kupiła na osiemnastkę.
-Skąd tak szybko wytrzasnęłaś samochód? - spytał podchodząc do mnie.
-To mój przedprezent.
-Przedprezent? - powtórzył.
-Wiem, czujesz, że rozmawiasz z jakąś kosmitką...
-Nie codziennie spotyka się dziewczynę pod oknem która rzuca w nie korkami od coli przebrana za nindżę.
Przemilczałam to i weszliśmy do samochodu.
Złapał za kierownicę i zaśmiał się.
-Nie wierzę, że się na to zgodziłem. Nie znam cię prawie! Nawet twojego imienia...
-Zuzia. - przedstawiłam się szybko. - Twoje imię znam... - szepnęłam.
Uśmiechnął się.
-Nie wierzę w to co robię..
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na drogę.
-Pamiętaj. Nie widziałeś mnie... dobrze?
-Ale czemu? Chodzi o Michaela? Tego typa, który się na ciebie uwziął?
-Nie,nie... W ogóle.. skąd wiesz, co mi robi?
-Cała szkoła o tym mówi... Poza tym nikt Ci nie pomaga..
-Boją się, nie chcą się angażować... może to i lepiej. Więc nie widziałeś mnie, nie znasz mnie za dobrze... jakby ktoś pytał. No i w Forks zostawiasz mnie samą.
-Przecież... jezu, ja cię nie znam! - zaśmiał się znowu.
Ja nic nie powiedziałam. Zgrywałam tajemniczą, to wychodziło mi najlepiej w tej chwili.
Ruszyliśmy w tą chorą, pozbawioną sensu podróż. W sensie.. pozbawioną sensu dla Scoota.
Od Scotta
-Zdarza się.
-Ja tu widzę historię niczym z komedii "Dziewczyna z sąsiedztwa" -śmiał się.
-Daj spokój. Po prostu byłem ciekawy jej imienia. Tyle.
-A może wpadła Ci w oko?
-Co? Słyszysz co mówisz? Ja i jakaś dziewczyna? Ja i związek? Wiesz że to nie dla mnie.
-Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Przywaliłem mu w ramie.
-E Scott!-usłyszałem Marka.
-Wiem o co chcesz sie zapytać i moja odpowiedź brzmi..-przerwano mi.
-Ale zastanów się jeszcze.. masz potencjał
-Tak.-odparłem.
-Co?
-Wrócę do drużyny.
-Nie wierze! Zgodziłeś się! Super! Dziś wieczorem mamy trening! Trener będzie szczęśliwy! Ale uprzedzam da ci wycisk za to ze odszedłeś.
-Taa jestem tego świadomy.
Chłopaki odeszli a ja znów zostałem sam z Maksem.
-Zgodziłeś się?
-A co mi szkodzi. Za rok kończę szkołę.
Poszliśmy na lekcję.
Po szkole wróciłem do domu. Tym razem nie odbierałem Julii. Zrobi to jej osobisty kierowca. Taa tata wynajął go by uniemożliwić mi łamanie zakazu jazdy z Julką na motorze.
-Scott obiad.-powiedziała Dafne kiedy wszedłem do domu.
-Pachnie przepysznie.
-I tak też smakuje.-powiedziała Julia.
Usiadłem z rodziną do stołu.
-Scott wiem że nie podobał Ci sie pomysł który Ci wczoraj zdradziłem ale sądzę że tak będzie lepiej.
-Wiem.
No dobra... ja sie co do tego nie zgadzałem no ale co mam zrobić? Nie odmówię ojcu. Zraniłbym go oraz po części moją mamę.. tę biologiczną. Musiałem nauczyć się akceptować przyszłość którą miałem przed sobą.
-Wieczorem idę na trening.-powiedziałem.
-Wróciłeś do drużyny?-zdziwił sie tata.
-Tak.
-NIe wiem czy to dobry pomysł.. oderwie Cię od obowiązków..-odparł mój ojciec.
-Scott da radę. Wierzę w to. Zobaczysz Samuel. Wrócenie do drużyny nie jest złym pomysłem.-wstawiła sie za mnie Dafne.
-Obyś miała rację.-odparł.
Trener był zadowolony z mojego powrotu tylko tak jak przewidziałem dał mi niezły wycisk. Jednak mimo to byłem zadowolony że wróciłem. To był dobry wybór.
-I jak Terner?-zapytał Paul.
-Wspaniale!-powiedziałem.
Około godziny 20 kiedy już ogarnąłem się po treningu pojechałem wraz z chłopakami opić mój powrót.
Od Zuzi
Zawsze byłam tajemnicza, nigdy nie mówiłam o swoich planach, marzeniach... A mam ich sporo. Chcę zwiedzić całe USA... zrobię to. Kiedyś.
Mama płakała... znowu. Kiedy widziałam jak ma łzy w oczach od razu posmutniałam. Poszłam do niej, do pokoju obok i usiadłam obok.
-Co się stało mamo? Uderzył cię? - spytałam łagodnie.
-Nie... wysłałam go na terapię... policja podejrzewa go o handel narkotykami, zamknęli go.
-To dobrze. - ucieszyłam się. - Przecież będziesz bezpieczna.
-Chodzi mi o twoje dobro.
-Wiem,wiem... ale teraz będzie tylko lepiej.
-Mam kogoś nowego, wiesz?
-Tak? - zdziwiona usiadłam obok niej.
-Tak... znalazłam sobie kogoś... w pracy.
Mama ma firmę kosmetyczną w Seattle. Zarabia sporo, pewnie poznała kogoś od Gwen, jej przyjaciółki która płaci mi w swojej kawiarni.
-Fajny jest?
-Tak... czekałam aż twój ojciec się stąd wyniesie. Teraz będę sporo w Seattle... ale tutaj będę w tygodniu... na weekend wyjeżdżam.
-No... dobrze. Ważne, że jesteś szczęśliwa. - uśmiechnęłam się i przytuliłam mamę.
Wróciłam do pokoju. Czyli mama płakała ze szczęścia? Dobrze. Ojca za szybko nie wypuszczą... jeden problem mniej. Chociaż to nie koniec kłopotów z tatą... Tak myślę.
Prostowałam włosy i czekałam aż Cassidy da mi cynk, że już jest pod domem. Myślałam o marzeniach... czy je kiedyś spełnię? Skąd. Utknę tutaj albo w Seattle lub Nowym Jorku.
Kiedy byłam gotowa wzięłam jedną z moich toreb na ramię i gotowa wyszłam z domu. Zaraz obok mieszkał niejaki Scott. Był z mojej szkoły, znała go większość. Raczej nie zwracaliśmy na siebie dużej uwagi, chociaż mieliśmy okno w okno.
Gdy wyszłam z domu przede mną zobaczyłam Cass w swoim czarnym bmw. Spojrzałam w prawo. Tak, Scott właśnie wyjeżdżał swoim motorem do szkoły. Wsiadłam szybko do samochodu, gdy zobaczyłam że chwilowo na mnie zerknął. Schowałam się w samochodzie przyjaciółki i kazałam ruszać.
W szkole? Klasyk. Michael, Luter i Finn znów mi dokuczają, ale dziś udało mi się im postawić. Chyba odejście ojca wpłynęło na mnie znacząco. Zaczęłam być normalna, zaczęłam być szczęśliwa. Odeszłam od szafki, odwróciłam się i walnęłam w kogoś. Cholera! Ledwo co nie wypuściłam książek z rąk...!
-Uważaj jak łazisz! - warknęłam aż sama siebie zaskoczyłam. - Przepraszam... moja wina.. - spojrzałam w górę.
Scott ze swoim kolegą. No jasne.
Z uśmiechem na twarzy uniósł brwi i spojrzał się na mnie z góry.
-Skąd ta agresja?
-Przepraszam. - powtórzyłam głośniej.
-Nic się nie stało. - nadal się uśmiechał.
Zmierzyłam go, spuściłam wzrok i nic nie powiedziałam.
-Muszę iść... - mruknęłam speszona.
Najbardziej nieśmiała dziewczyna w szkole.. co za kompromitacja. Nawet przed nieznajomym sąsiadem.
-Czekaj. - zatrzymał mnie Scott.
-Śpieszę się. - nawet na niego nie patrzyłam.
-Jak masz na imię? Nie ładnie tak się nie przedstawić.
-Myślę, że ta informacja jest niepotrzebna dla ciebie, Scott.
-Ty moje znasz...
-Jesteśmy sąsiadami... twój tata czasem głośno cię woła... - spojrzałam na niego w końcu ale tylko na chwilę. - Pa.
Zniknęłam mu z oczu jak najszybciej mogłam. Cass dopadłam za rogiem jak wchodziła do sali. Jednak gdy po dzwonku wyszłam sama, dopadł mnie Michael i jego dwóch uroczych kolegów.
-Przygotuj się.
-Na co? - spytałam.
-Jesteś potrzebna. Mi jesteś potrzebna.
-O co chodzi? Mam ci pomóc? - parsknęłam.
-Po pierwsze, trochę szacunku. Po drugie... jeśli wypełnisz moje zadanie to wtedy dam ci spokój i zapewnię bezpieczeństwo w szkole.
-To dla mnie nie jest ważne...
-Nie? A może wyjawię wszystkim sekret o twoim ojcu? Na pewno w szkole będzie nowy temacik...
-Skąd wiesz...? - spanikowałam.
Byłam osobą która mogła szybko się załamać... nawet błahostki mogą mnie złamać. Ale ten mały nieistotny fakt może mnie zniszczyć.
-Nie ważne. - uśmiechnął się. - Pogadamy za dwa dni.
Przerażona poszłam w swoją stronę.






