Poszłam spotkać się z Cassidy. Wyszłam ze szpitala, byłam na badaniach jak posuwa się moja choroba. Lekarze mówią, że jest ze mną coraz źle, mam ostatnią szansę na to, by się leczyć. Ale przecież... czy to coś da?Nie.
Cass właśnie zrobiła prawo jazdy. Nadal nie wiedziała o mojej chorobie. O tym cholernym raku płuc. Bo tak się składa, że właśnie mój rak rozprzestrzenia się wszędzie. Jak dojdzie do mózgu - to będzie koniec.
Idąc ulicą w stronę domu mojej przyjaciółki usłyszałam za sobą kroki. Przeraziłam się, ale nie odwróciłam. Serce biło mi szybciej, cała drżałam. Znów powróciły wspomnienia z tamtych nocy, gdy Iwo chciał mnie zgwałcić, gdy zostałam w końcu pobita, zgwałcona na ulicach Berlina.
Po chwili zorientowałam się, że stoję pod domem Cassidy, a mężczyzna idący za mną minął mnie w pośpiechu.
Odetchnęłam z ulgą.
-Hej! Patrz! To moja nowa bryka! - wskazała na całkiem nowe, srebrne bmw.
-Niezły. - uśmiechnęłam się nerwowo.
-Coś nie tak?
-Nie,nie... jest okej.
-Wsiadaj. Jedziemy się przejechać po ulicach między tymi wielkimi cudownymi lasami.
Jechałyśmy w milczeniu. Sama nie wiem dlaczego... może po prostu nie miałyśmy o czym gadać? Albo ja jej nie słuchałam, ignorowałam ją. Myślałam o wielu rzeczach...
Nagle samochód w środku lasu stanął. Otrząsnęłam się i spojrzałam pytająco na przyjaciółkę.
-Co jest? - spytałam.
-No...
-Nie mów, że zapomniałaś zatankować do końca... - uśmiechnęłam się szeroko a ona zawstydzona milczała. - Wariatka! - zaśmiałam się.
Wysiadła z samochodu i złapała się za głowę. Ja wysiadłam za nią. Próbowałam ją uspokoić, ale ona coś gadała o tym, że nie wie co teraz zrobić, przepraszała mnie za błąd, a ja tylko się śmiałam co jeszcze bardziej ją wyprowadzało z równowagi.
-O! Ktoś jedzie. - spojrzałam na drogę.
-I co z tego?! - wrzasnęła zła.
-Pomogą nam. - odparłam i poszłam w stronę zbliżającego się samochodu.
Zatrzymał się. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn. Wyglądali podejrzanie, od razu cofnęłam się przerażona. Uraz został już wyryty w mojej pamięci...
Cass zauważyła moje zmieszanie i przerażenie, więc mimo tego, że ona też miała niemiłe przeżycia z tamtymi czasami, podeszła do mężczyzn.
-Pomogą nam panowie? Prosiłabym... benzyna się skończyła...
-Jasne. - odpowiedzieli bez wyrazu.
Podejrzane.
Sięgnęli po linę i zawiązali ją na haku i pociągnęli nasz samochód. Cass odetchnęła z ulgą.
-Dziękuję! Nareszcie!
Według mnie nie powinnyśmy były wsiadać do samochodu obcych mężczyzn. Ale Cass zawsze była niezależna, nie myślała o konsekwencjach. Po takich przeżyciach co ostatnio powinna się była nauczyć czegoś nowego. Ale widocznie nic to nie dało.
Pojechałyśmy pod dom Cassidy. Ja poszłam od razu do domu spłoszona.
W domu było pusto, a za to przed nim stał jakiś znajomy facet. Dopiero później zesztywniałam gdy dojrzałam, kto to jest.
Iwo - we własnej osobie - stał przed drzwiami domu i patrzył na mnie z pożądaniem w oczach. Nienawidziłam go całym sercem, gardziłam nim. Ale bałam się go. To było to coś co przewyższało wszystko. Sparaliżowało mnie. Stałam jak wryta.
-Myślałaś, że zniknę? - uśmiechnął się a ja byłam po prostu w szoku.
-Odjęło ci mowę Zuziu? Słodka Sus... - dotknął mojego policzka a ja nie spuszczałam z niego wzroku.
Nie miałam odwagi nic zrobić.
-Jeszcze się zobaczymy, moja kochana. - szepnął mi na ucho i pocałował w policzek.
Odszedł.
Nie mogłam się otrząsnąć. Strach zadziałał na mnie jak paraliżujący jad węża.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz