Siedziałam na drzewie tak dobrą godzinę a potem gdzieś w głębi lasu usłyszałam wołanie.
-Zuza!!! Boże... Zuza gdzie Ty jesteś?!
-Zuzia!!!
-Cholerna rodzinka się znalazła. - szepnęłam. - naprawdę chciałabym Cię zobaczyć Scott... - szepnęłam.
-Boże... Zuza! Idę po ciebie! - krzyczał brat.
-Wal się. - odkrzyknęlam.
-Odzywaj się do brata! - mówi ojciec.
-Sram na to. - westchnęłam.
Zeszłam z tego drzewa na ziemię zdenerwowana reakcją swojej rodziny jakbym była nędznym młodzikiem, małym ptaszkiem który nie umie latać a wzbił się na sam szczyt by wyfrunąć choć na chwilę z klatki... a oni nic nie rozumieją i wszystko psują.
Brakuje mi szczęścia na które juz nie mam najmniejszych szans. Brakuje mi Scotta przy którym pewnie ukrywałabym chorobę ale byłabym szczęśliwa nawet w swojej cholernej chorobie.
Mój brat był ze swoją narzeczoną... której Nienawidziłam. Mój brat jest realistą, jako jedyna osoba w tej rodzinie coś osiągnął. W sensie... ma dwadzieścia dwa lata i juz założył firmę nawet nie starając się za bardzo na studiach choć tam ma wybitne osiągi. Wstydzi się nas, naszej rodziny, dlatego nie chce nigdzie z nami chodzić, na przyjęcia czy do restauracji. Kiedyś tak wychodzilismy a teraz wszystko się sypnęło. Przez moją chorobę wszystko jest źle.
- Co tam Zuza? - spytała narzeczona brata gdy weszłam do domu.
Nie odezwałam się, tylko spojrzałam na tę sukę jakbym chciała ją zabić a wtedy wszedł mój brat.
- Ooo... widzę, że się polubiłyście. - skomentował brat.
- Cholernego masz pecha, Alex. - powiedziałam i ruszyłam do swojego pokoju.
Potem wszedł tata mówiąc mi ze lekarz chciałby mi przestawić sytuacje postępu choroby. Zgodziłam się ten ostatni raz na wizytę u lekarza... ale i tak nie zacznę leczenia. Umrę.
środa, 30 września 2015
Od Zuzi
wtorek, 29 września 2015
Od Scotta
Szukałem ich. Demonów. Jechałem właśnie busem do miejscowości skąd mnie porwali. Kiedy wreszcie dojechałem do hotelu w którym mieszkałem zacząłem łapać trop. Po dwóch godzinach udało mi się dotrzeć do wielkiem willi. Wszedłem do środka. Było ich tu pełno! Oni mnie widzieli.
-Witaj Scott. Jak tam sie jeszcze żyje?
-Co mi zrobiliście?!
-Odrobina współpracy ze Śmiercią. Chcesz zobaczyć swoje ciało? Mamy je w piwnicy. Ale nie na długo. Śpierć planuje je wyrzucić do najgłębszego miejsca w oceanie. Ale nie martw się. Twoje dni i tak są policzone. Teraz jesteś czymś w rodzaju ducha. Poza ciałem długo nie przeżyjesz. Będziesz coraz słabszy... Jeśli tylko w twoim ciele będzie biło serce. Jeśli twoje ciało umrze pierwsze będziesz mógł żyć w takiem postaci wieki. Ale jeśli twoje ciało będzie żyło to twój duch poza nim długp nie przeżyje a wtedy ty znikniesz poczym twoje ciało umrze. Tak czy siaknie wrócisz do ciała a jeśli nie sprawisz że twoje serce stanie na zawsze.. Długo jako duch nie pociągniesz. Wybór należy do ciebie.
Teleportował mnie gdzieś. Do jakoegoś lasu. Na początku nie wiedziałem gdzie jestem.. I w oge ale kiedy nagle dostrzegłem Zuze na drzewie już nic nie było ważniejsze od tego że ją zobaczyłem. Wspiąłem się do niej. Kiedy już byłem obok niej żałowałem że nie może mnie zobaczyć. Usiadłem pbok niej i ją przytuliłem a ona tylko zachowała się tak jakby zawiał chłodniejszy wiatr...
Od Zuzi
Siedziałam w fotelu przyglądając się jak mama wpatruje się we mnie z szerokim uśmiechem. Jednak mi wybaczyła błędy przeszłości... albo udaje, bo jestem chora...
-Może Ty jej przemówisz do rozsądku...
-A co jest? - spytała zdziwiona mama - Coś nie tak?
Spojrzała na ojca jakby chciała go zabić samym wzrokiem. Nienawidzi go, a mój ojciec jej... tylko co takiego mogło się stać między nimi? Zresztą co mnie to.
-Jest chora na...
-Tato! - krzyknęłam zła.
Poderwałam się z krzesła.
-Musiałem jej powiedzieć to twoja matka!
-Mam to w dupie. Wychodzę.
Wściekła wybiegłam z domu ignorując fakt, że nie wolno mi się przemęczać. Poszłam lasu, nie wolno mi się oddalać ani nigdzie samej chodzić ale chciałam się przejść. Siedziałam na wysokim drzewie i patrzyłam przed siebie.
Tęsknię za Scottem...
Za dawną zdrową sobą...
-Tu nie jestem już chora. - patrzyłam w górę. Pogoda była cudowna. - Mogę tu zostać, zamieszkać, zbudować domki z drewna, uprawiać warzywa... żyć od tej całej chorej zatrutej cywilizacji... gdyby był tu ze mną Scott... mógłby ze mną tu zostać... na tym drzewie...
Dzwonił mój telefon ale nie odbierałam. Zignorowalam wszystko wylaczylam telefon i siedziałam na tej gałęzi i marzyłam... chciałam, żeby Scott wrócił...
Od Scotta
-Hallo tato? Coś się stało?
-Twoja przyjaciółka Zuza wróciła. Własnie był u mnie jej tata.
-Co?! Zuza jest w domu?!
-Tak..
-Wracam do domu.
Rozłączyłem się i wstałem.
Kiedy już wychodziłem z pokoju hotelowego w drzwiach wpadło na mnie 4 facetów. No... Ludźmi oni nie byli co wyczułem od razu.
Rzuciłem jednym z demonów o ścianę. Reszta przygwoździła mnie zaraz do ściany. Długo nie czekałem. Jako że hybrydą byłem już dłuższy czas opanowałem już wszystkie zdolności prawie do perfekcji.
Przemieniłem się w wilkołaka. Rzuciłem demonami jak najdalej po czym ukucnąłem i zawarczałem. Byłem gotowy zabić ich nawet własnymi zębami. To znaczy ich obecne ciała. Wampir i wilkołak w jednym. Przeciwnik nie tak łatwy do pokonania.
Już ruszyłem w ich stronę kiedy całe moje ciało przeszył ból. Upadłem na kolana i straciłem przytomność.
poniedziałek, 28 września 2015
Od Zuzi
-Byłem u taty Scotta...
-Kto to Scott? - spytałam mrużąc oczy.
-Jak to... Zuzia, to nie jest śmieszne. - zaśmiał się i tknął mnie w ramię.
Ja jednak byłam poważna. Patrzyłam się pytająco na ojca czekając na wyjaśnienie.
-Nie żartuję, w ogóle... o co chodzi? Jaki Scott?
-Susa... nie pamiętasz...? Nic...? Mieszka tuż obok...
Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem kto to.
-Wpadnie twój starzy brat... ale wcześniej jedziemy do lekarza.
-Mówiłam, że nie chcę wizyt u lekarzy ani leków.
-Ale to nie jest normalne, że zapominasz kim jest.
-To mój gwałciciel?
-Słucham?!
-Ach... tato...
-Dobra... Sus... nie ważne... nie ciągnijmy tego. Poznasz go, podobno wraca dziś po południu.
-Mam to gdzieś. - westchnęłam.
-Jesteś inna...
-Może właśnie zdałam sobie sprawę że mam niewiele czasu i może lepiej przygotować na to wszystkich? Mam nadzieję, że nikomu nic nie rozgadałeś o mojej chorobie.
-Nikomu. Przysięgam... ale...
-W dupie mam twoje ale. Idę do pokoju.
Ruszyłam przed siebie po schodach i wzięłam karton. Pozrywałam ze ścian wszystkie zdjęcia, wrzuciłam do pudełka wszystko co było przeszłością.
Do pokoju wszedł tata.
-Co robisz?
-Sprzątam śmieci.
-Śmieci? Jeśli tego nie chcesz, ja to wezmę.
Wzięłam do ręki zdjęcie z Hiszpani sprzed dwóch lat.
-Miałam wtedy piętnaście lat. Wtedy pierwszy raz gwizdnął na mnie chłopak. Zrobiłeś zdjęcie na pamiątkę pierwszego gwizdu.
-Pamiętam. - uśmiechnął się głupkowato.
Kretyn a nie ojciec.
-Wyrzucam to co chcę.
Wzięłam swoje sukienki i spojrzałam przez okno gdy poczułam dziwny zapach. Wzięłam kartony i poszłam przed siebie.
-Gdzie idziesz?
-W sąsiednim ogrodzie jest ognisko.
-I co?
-Spalę to co mam spalić.
Bez słowa przeszłam przez niewielkie ruiny starego, ogrodowego muru Ternerów i podeszłam do beczki w której paliły się gałęzie i jakieś rzeczy. Wrzucałam tam po kolei swoje zdjęcia i inne rzeczy. Na końcu miały pójść te piekielne sukienki których nigdy nie chciałam zakładać.
-Kto tam?! - wyszedł z garażu jakiś wysoki chłopak.
Zamurowało go.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że używam twojego ognia do spalenia tych śmieci. - westchnęłam i wrzucałam kolejne zdjęcia.
-Zuza...?
Spojrzałam po raz kolejny na chłopaka.
-Skąd znasz moje imię?
-Nie pamiętasz mnie...? Nie rób sobie jaj... Jestem Scott... Zuza... martwiłem się...
Przytulił mnie nagle a ja byłam totalnie zaskoczona.
-Hej,hej! Nie wiem nawet kim jesteś!
-Straciłaś pami... Christian... cholerny...
-Co? Straciłam...?
-Da się ją przywrócić...
-Nie wiem o co ci chodzi, jesteś dziwny. - uśmiechnęłam się słabo.
-Co ci się stało?
-Zadajesz baaardzo dużo pytań. - parsknęłam.
-Przypomnij sobie mnie... proszę... - spojrzał mi w oczy i dotknął mojej dłoni.
Zemdlałam momentalnie.
Otworzyłam oczy. Przede mną zobaczyłam... Scotta...
-Żyjesz...? - spytał Scott a ja rzuciłam się na niego.
-Jesteś... - szepnęłam.
-Co się dzieje? Czemu ścięłaś włosy?
Przypomniało mi się...
Chemioterapia... ta magiczna błyskawiczna chemioterapia dla tych chorujących ciężko dzieci. Ta tajemnicza formuła... czyli... jest ze mną źle..?
Milcz i ani słowa więcej, Zuzanno! - pomyślałam.
-A tak jakoś... - szepnęłam. -A co? Wyglądam jak jakiś paź? - zaśmiałam się nerwowo.
-Kłamiesz...
-Nie. - wstałam, a raczej pomógł mi wstać.
-Co się działo z Tobą?
-Porwali mnie... długa historia... a potem... pot... poteeem...em... - spanikowałam i zaczęłam drapać paznokciami skórę na rękach.
-Spokojnie, Zuzia... chodź. Opowiedz mi wszystko dopóki mnie pamiętasz...
-A nie pamiętałam...
-Nie.
-Jak to?
-Christian rzucił zaklęcie żebym się odsunął od ciebie.
-Jesteś wolny...?
-Powiedzmy.
Usiadłam na krześle.
Do domu weszła jego siostra.
-Kto to, Scott?
-To moja przyjaciółka, Zuzia.
-Hej. - uśmiechnęłam się do niej słabo.
-Czemu tak wygląda?
-Hah... to znaczy...?
-Taka blada i słaba?
-Właśnie, dlaczego?- poparł pytanie siostry.
-Ja pierwsza pytałam!!! - krzyknęła drocząc się z bratem. - Ale ty jesteś głupi... a ona ładna! To twoja dziewczyna!
-Zaraz cię złapię...! - dopadł ją i zaczął łaskotać.
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na nich.
Jego siostra uciekła na górę wyzywając go, a gdy zamknęła się w swoim pokoju Scott usiadł naprzeciwko mnie i patrzył na mnie badawczo.
-Coś się zmieniło.
-Wiele rzeczy. - szepnęłam.
-Czemu masz siniaki na szyi? Czemu jesteś taka słaba, poobijana?
-Zgwałcono mnie w Berlinie gdy wyszłam z domu publicznego. Pracowałam tam, a raczej porwali mnie... Christian coś wiedział, a mnie wydał komuś z piekła by mnie wywieźli z dala od Ciebie żebyś myślał, że nie żyję.
-Tak myślałem...
Niedługo tak będzie... - pomyślałam.
-Zgwałcono cię? Kto to był?
-Nie wiem... Scott...
-Tak...?
-Boję się... boję się wychodzić z domu... torturowali mnie w jakimś szpitalu czy jakiejś korporacji... Boję się... - zaczęłam płakać. - że znowu ktoś mnie zaczepi... i ... zacznie bić... rzucać mną jak... rzeczą... i...
Scott wstał nagle i przeniósł mnie na fotel. Usiadł a mnie posadził na kolanach. Przytulił mnie mocno i pogładził po plecach delikatnie.
-Nigdy, ale to przenigdy cię nie opuszczę.
-Musisz...
-Co?
Wstałam wycierając łzy.
-Musisz o mnie zapomnieć...
-Ale... Zuza...!
-Żegnaj...
-Czemu? Zuza!
-Nic mi nie przysięgałeś. Zapamiętaj tylko to. Znajdź sobie dziewczynę godną twojej uwagi. Żegnaj... Scott...
Straciłam przytomność...
Obudziłam się w łóżku. To był tylko sen... Nie straciłam pamięci... Cała rozmowa ze Scottem się nie odbyła... nie widziałam go jeszcze... nie wie, że tu jestem... chyba... Boże.. oszaleję...!
Od Zuzi
Nadal miałam zamknięte oczy, nic do mnie nie docierało. Byłam słaba, zmęczona i czułam się okropnie... Nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie.
-Co jej jest? Proszę pana! - usłyszałam znajomy głos - Proszę mi powiedzieć!
-Jest pani z rodziny? - teraz męski głos gdzieś w tle zaczął się oddalać.
-Nie, ale jestem jej przyjaciółką...
-Nie mogę udzielić pani żadnych informacji.
-Mogę jechać z wami?
-Może pani. Ale żadnych informacji nie mogę pani udzielić.
Potem straciłam przytomność.
Obudziłam się w szpitalu nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Ale tyle dobrego ze byłam daleko od tego domu publicznego. Na korytarzu stała Cassidy, widziałam ją z łóżka na którym leżałam. Wiec była na miejscu zdarzenia... ale właściwie co się stało...?
piątek, 25 września 2015
Od Zuzi
Już nie odróżniałam rzeczywistości od fikcji. Wszystko mi się mieszało. Zed robił mi przeróżne testy na reagowanie na Scotta. Pokazywał mi jego zdjęcia, które nie wiadomo jak pojawiały się z dnia na dzień, pokazywał mi jak mu jest beze mnie dobrze, a przynajmniej mnie zapewniał, że tak jest. Zaczęłam wierzyć we wszystko co mi mówili w tej tajemniczej korporacji. Co się ze mną działo?Nie wiem... Nie wiem czy jeszcze byłam w tym ciele dawna ja...
Czułam pustkę. Zed wypalił ze mnie jakiekolwiek uczucia i torturami wymazał mi z pamięci miłość jaką darzyłam skrycie i szczerze do Scotta. Nie byłam przygotowana na takie coś... na zmianę, jaka mnie uderzyła... stałam się inna.
Cassidy była jedyną osobą z którą mogłam jeszcze porozmawiać, być z nią. Stałyśmy się nierozłączne. W Berlinie wylądowałyśmy tydzień później. Testy działały na mnie tak jak przewidywał dr. Zed... Czyli miałam bać się ale i nienawidzić Scotta.
-Przecież Scott nie jest niczemu winny...
-Jest. Wszystkiemu jest winny.
-Zuza...
-Przestań! Nie drąż tematu. Zapomnijmy o nim. Nie lubię o nim mówić.
-Jesteś słaba... spójrz na siebie..Od tygodni nie patrzysz w lustro, czeszesz się tyłem do lustra...
-I co? - spytałam wzruszając ramionami - Nie rozdrapuj starych ran, proszę Cię.
-Zuzia...
-Milcz, proszę.
Wyszłam z pokoju w którym teraz mieszkałyśmy. Pracowałyśmy w domu publicznym, jednym z najlepszych w Berlinie. Nie takie miałam plany na życie. Być dziwką? Ale zmuszono mnie do tego. Iwo zniknął, zaczął w Polsce poszukiwanie nowych dziewczyn. Nikt nie mógł im pomóc.
Codziennie płakałam w poduszkę i myślałam jaka jestem, jak wygląda moje życie i że cały czas żyję w strachu. Raz na jakiś czas pozwalają nam wychodzić do miasta ale zawsze ktoś nas obserwuje czy nie uciekniemy. Jesteśmy jak w klatce...
Wyszłam do sklepu wieczorem. Wiedziałam, że jeden z młodych ochroniarzy z The Beverly Hills (tak nazywał się dom publiczny w którym byłam więźniem) śledził mnie. Przyśpieszyłam kroku, on również. Zbliżał się. Był coraz bliżej mnie, przestraszyłam się, stanęłam i wzięłam głęboki oddech. Nikogo nie było na ulicy. Czułam, że ktoś za mną stoi. Złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w ciemną uliczkę zakrywając mi usta. Wyciągnął chusteczkę, była czymś nasączona. Przyłożył mi ją do nosa i zaczęłam wdychać dziwnie pachnący zapach z chusteczki. Traciłam oddech, świadomość i grunt pod nogami. Trzymałam się jeszcze jak najdłużej, wypatrywałam kogoś kto może przypadkowo przejdzie uliczką, ale nic z tego.
Spanikowałam, moje serce stanęło, moje nogi stały się jak z waty, moje ręce zniknęły, nie czułam ich. Cała ja stałam żałośnie, zmieniając się w słup soli. Nic nie mogłam zrobić, dziwny zapach rozprzestrzeniał się we mnie jak jakaś dziwna zaraza, jak milion bakterii przejmowało moje ciało, każdą komórkę i przede wszystkim - mój umysł - który nadal walczył o tą cząstkę świadomości.
Mężczyzna chwycił mnie mocniej, potem gdy zauważył, jak oczy same mi się zamykają... po prostu mnie puścił, uderzyłam głową o zimną, brudną i mokrą... betonową ziemię straciłam przytomność, moje ''gniazdka'' siadły, w wyniku czego straciłam ''światełko'' swojej świadomości.
Obudziłam się na zimnej podłodze. Było pewnie rano, zaczęło się rozjaśniać. Nic nie pamiętałam, moja głowa krwawiła, pulsowała, pękała, rosła z bólu jaki odczuwałam. Nie mogłam się podnieść. Leżałam na zimnej betonowej ziemi gdzieś w ciasnej i ciemnej uliczce w Berlinie. Koszmar wrócił a wraz z nim cząstka mojej utraconej wcześniej świadomości.
Co się stało?
Nie umiem sobie na to odpowiedzieć, w mojej głowie jest ta czarna dziura, jak po wypadku, jakby ktoś tam coś wypalił. Otworzyłam ponownie oczy. Poraził je blask zapalającego się co kilkanaście sekund światła latarni ulicznej. Byłam cała we krwi, miałam dwa cięcia na brzuchu, byłam bez bluzki, leżała nieopodal. Część mojej bielizny również leżała gdzieś w rogu... Blisko mnie leżał telefon. Mój telefon.
Przyczołgałam się do niego, choć wiele sił i bólu mnie to kosztowało. W środku myślałam, że eksploduję a na zewnątrz tylko żal i rozpacz.
Nikt mnie pewnie nie pilnował z ochroniarzy. Zadzwoniłam do Scotta, a raczej posłałam mu wiadomość, bo tylko na to było mnie w tej chwili stać. Podświadomie jakoś tak do niego napisałam... teraz tylko on mógł mnie stąd wyciągnąć gdziekolwiek jest... chociaż tak bardzo się go boję i go nienawidzę..
Zadzwoniłam po karetkę, podałam adres, ledwo co mówiłam i ledwo co pamiętałam gdzie dokładnie jestem, na szczęście na murze była tabliczka z nazwą ulicy. Nie wiem czemu jestem słaba, co się stało... ale... wiem, że potrzebuję pomocy lekarza... kogokolwiek...
Od Zuzi
Okryłam ją kołdrą i zajęłam się przyjaciółką.
-Za...Zabrali mnie... Napadli... jakaś grupa chłopaków... wyskoczyła z samochodu i napadli na mnie... na moich rodziców... mama uciekła i zadzwoniła po policję ale mnie już nie było... zabrali mnie... tata leżał nieprzytomny...
-Cass... wyciągnę nas z tego koszmaru, obiecuję.
-Przysięgasz...?
-Tak. Ja zawsze dotrzymam słowa. - szepnęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
-Ja nie chcę tu być...
-Coś Ci złego zrobili?
-Nie. Ale pobili mnie. - spojrzała na moje dłonie i nogi - Ciebie też...?
-Tak, ale nie przejmuj się tym, zgoda?
-No... okej...
Do pokoju wszedł Iwo. Miał w ręku tę samą broń, którą zawsze trzymał przy sobie. Uśmiechnął się do mnie i Cass. Objęłam ramieniem przyjaciółkę pokazując, że nie pozwolę jej skrzywdzić. Była mi jak siostra, w tym momencie wiedziałam, że muszę o nią dbać... nie ważne, za jaką cenę.
-Idziesz ze mną Zuz.
-Po co?
-Mamy niespodziankę dla ciebie.
Przytuliłam przyjaciółkę, która złapała mnie mocniej gdy zaczęłam ją powoli puszczać. Posłałam jej spojrzenie, że wszystko będzie dobrze, że wrócę i wszystko będzie dobrze... że ona jest bezpieczna. Zadbam o nią tak jak powinnam.
Wstałam z łóżka i poszłam z Iwem. Zeszłam na dół do piwnicy, której nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, przeszłam przez wielkie, stalowe drzwi. Ukazał się przede mną korytarz. Nie był jakoś specjalnie duży... weszło za nami dwóch uzbrojonych mężczyzn. Nie wiem czemu byłam obstawiona przez uzbrojone tajemnicze służby. Ale mieli czarne maski, jak z FBI. Ale po prawej stronie mieli dziwne napisy, może to jakaś tajemnicza korporacja czy coś?
Iwo wyjął z kieszeni klucz i poszedł przed siebie, sześć kroków za nim poszłam ja wraz z dwójką ochroniarzy. Iwo włożył klucz do zamka, a następnie obok w ścianie wysunęła się klapa z jakby szablonem jakiejś dłoni. Iwo przyłożył swoją w to miejsce, światełko nad klapą zaświeciło się na zielono trzy razy, a wielkie, metalowe drzwi szybko wysunęły się i mogliśmy przejść.
Piwnica zmieniła się w jakiś podziemny budynek. Ludzie w nim mieli czerwone oczy, czyli to były demony lub wampiry. Podejrzewałam bardziej demony. Iwo pchnął mnie dalej, gdy zatrzymałam się obserwując jakąś przeprowadzaną operację na człowieku, który nieprzytomny leżał na łóżku operacyjnym.
Ubrałam jakby szpitalną piżamę, taka biała, przypominała coś na wzór starych czasów z wariatkowa... Aż mną wstrząsnęło. Poszłam przed siebie, gdzie prowadził Iwo. Weszłam do pomieszczenia, wyglądała jak sala przesłuchań na komisariacie policji. Usiadłam na wskazane miejsce przez dziwnego faceta w czarnym garniturze. Nagle z krzesła na którym usiadłam wysunęły się jakieś metalowe coś, co zablokowało moje ręce i nogi. Spojrzałam się przerażona na mężczyznę, a on spokojnie usiadł naprzeciwko, wyjął jakiś nieznajomy mi przyrząd, który położył po swojej lewej stronie i nacisnął guzik. Po kilku sekundach zadziałało to jak projektor, ale nie taki zwykły. Ten był w jakiś sposób magiczny, bo nie pokazywał obrazu na ścianie czy na jakimś płótnie, czy czymkolwiek. Wyświetlił jakieś cyfry, napisy, informacje, a potem moje zdjęcie które nie wiem kiedy było zrobione. To wszystko pokazywało się w powietrzu. Wpatrywałam się to w nieznane magiczne coś i w nieznajomego mężczyznę.
-A więc zgadzasz się na ten wywiad? - spytał mężczyzna - Nie bój się. Ja jestem Zed.
Milczałam.
Spojrzałam w prawo, za szybą stał Iwo z tamtymi ochroniarzami.
-Czy to jakieś przesłuchanie...? Ja nic nie zrobiłam...
-Chcę ci pomóc.
-Ale to oni mnie porwali...
-My cię ratujemy.
-Kim jesteście?
-To ja zadaję pytania, ty masz milczeć i odpowiadać gdy ci pozwolę.
Wykonałam polecenie. Myśl o dobru Cass...
-Gdy zrobisz coś źle i nie będziesz współpracować, zapłaci za to twoja przyjaciółka Cassidy. Rozumiesz?
Mówił bardzo spokojnie, jednak to nie działało na mnie kojąco. Kiwnęłam głową, że rozumiem i wpatrywałam się w trzydziestoletniego Zeda.
-A więc... wyjaśnię tyle, że zostałaś nam przekazana przez Christiana, pana śmierci. Pewnie się zastanawiasz... czemu? Ponieważ było to prostsze. Już do niego nie należysz. Oddał cię nam byśmy wmusili ci znienawidzenie pewnej osoby, którą znasz... nazywa się Scott...
-Nie mieszajcie go w to... błagam...
-Kochasz go? - spytał Zed.
Milczałam.
-Pamiętaj co mówiłem. Musisz współpracować.
-Kocham.
-Wyobraź sobie, że gdy mówisz,że go kochasz czujesz takie coś...
Nagle poraził mnie prąd, co potem przerodziło się w ogromny ból całego mojego ciała.
-Nie... ja go kocham...
-Współpracuj. Wtedy nie stanie się nic Cass.
-Ale Scott...
-Ech... Słoneczko... słodziutka Zuziu... pamiętaj, że Scott też za to zapłaci. Nie puścimy mu tego płazem.
-Jeśli... będę... was słuchać...?
-To nic mu się nie stanie.
-Dobrze...
-Pomyśl, że go nienawidzisz. Że gdy go sobie przypomnisz chcesz go zabić.
Nie mogłam tak myśleć.
Nagle poraził mnie prąd, ale milion razy mocniejszy a ból po tym był niewyobrażalnie silny.
-Nie chcemy Scotta. Pamiętaj, że on cię nie uratuje.
-Dajcie mi spokój...
-O nie,nie. Moja droga, to się dopiero zaczyna. - szepnął.
Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech, a potem mnie zabrali gdzieś... znów do mojej przyjaciółki Cass...
piątek, 18 września 2015
Od Zuzi
poniedziałek, 14 września 2015
Od Scotta
Ale czy teraz kiedy stałem się hybrydą wszystkich nadnaturalnych istot.. nadal mogę zastąpić Śmierć?
Nie wiem.. dziś i tak zakończę to wszystko.
Nie czekałem długo.. p[o chwili sie zjawił.
-Masz jeszcze szansę się wycofać Scott.
-Nie skorzystam z niej.
-A więc dobrze.
Zrobił parę kroków w moja stronę.
-Nie. Najpierw chcę mieć dowody na to że Zuza jest wolna i szczęśliwa że twoje macki jej nie sięgają oraz nie dzieje jej sie krzywda.
-Podaj mi rękę a ci pokażę.
-Nie. Nie jestem głupi. Sztuczka umysłu i będę myślał że jednorożce istnieją a po ulicy biegają małe krasnale.
-Nie głupi jesteś.. Przydasz mi sie w zastępach.
-Najpierw zabierz mnie do Zuzanny. Porozmawiam z nią.
-Nie będziesz z nią rozmawiać.
-Jedno pytanie.
-Jakie?
Nie mogłem sie zawahać ani mieć chwili na zastanowienie jednak musiałem skłamać tak by sie nie domyślił.
-Czy na prawdę mnie kocha.
-A po co Ci to wiedzieć? I tak jej więcej nie zobaczysz.
-Chce tylko usłyszeć odpowiedź.
-Dobrze. Daj mi 24 godziny.
-Po co Ci tyle? Nie możesz mnie teraz do niej zabrać.
-Muszę przecież ją przygotować.. pozabierać wszystkie moje "macki" jak to sam powiedziałeś.
-Dobrze. Równo za 24 godziny w tym samym miejscu. Powiesz mi gdzie na jest.. ja nas teleportuje.
-Skąd pomysł że Ci zaufam? Przecież możesz nas teleportować gdzie chcesz na przykład w zasadzkę w której podstępem pozbawisz mnie życia i zajmiesz moje miejsce?
-Nie martw się.. nie mam tyle siły a żeby się jeszcze osłabić zranię się.
-24 godziny.. idź nacieszyć się wolnością..-i znikł.
Odetchnąłem głębiej. Wszystko dla Zuzy..
niedziela, 13 września 2015
Od Zuzi
-Zamknąć mordy! - usłyszałam głos Leny.
Lena jest partnerką Louisa i Iwo. Ta grupka ma porwać i przewieźć młode dziewczyny do Niemiec lub Szwecji za grube pieniądze do klubów nocnych/domów publicznych. Ja jestem ofiarą, która została wydana przez Christiana w ręce tych właśnie ludzi.
Dziewczyn było siedem, każda z nas miała od osiemnastu do dwudziestu jeden lat,ja byłam najmłodsza. Za dwa dni kończyłam osiemnaście.
Ivy wstała z zimnej podłogi, ze swojego cienkiego koca na którym spała, krzyczała, prosząc o pomoc, a potem dostała w twarz od Iwo.
Teraz siedzieliśmy w jakiejś opuszczonej szopie na odludziu prawdopodobnie za San Francisco. Nie wiem co i jak, czy ktokolwiek próbuje mnie szukać. Odebrali nam telefony, oczywiście ja swój odebrałam ze skrzynki w której był cały zbiór komórek. Nic nie zauważyli. Własnie je wyrzucają do pobliskiego rowu, pewnie dlatego, żeby żaden z rodziców czy kogoś z bliskich osób dziewczyn nie poszedł na policje, wtedy pewnie znaleźli by nas po analizie w jakim miejscu się znajdujemy czy znajdowaliśmy ileś tam czasu temu.
Mój telefon miał jedną kreskę baterii, był starą nokią, którą dostałam tylko po to by komunikować się ze Scottem. Teraz wyłączyłam go by nikt mnie nie zdradził dzwoniąc do mnie.
Zbieraliśmy się, wpakowali nas do środka mini ciężarówki wiążąc ręce i nogi, taśmą zaś zakleili nam twarze. Dziewczyny przerażone piszczały, krzyczały i nie dawały się złamać, jednak piątka naszych porywaczy tylko się śmiała (zjawił się jeden starszy mężczyzna, około pięćdziesięciu lat i drugi około trzydziestki).
-No,no, czeka was świetlana przyszłość. - zaśmiała się Lena.
Katie, dziewiętnastoletnia, zgrabna swoją drogą dziewczyna wyglądała na słabą. Każda z nas była osłabiona, nie karmili nas prawie, a jesteśmy tu trzy dni. Zdążyłyśmy nauczyć się zasad by nie zostać pobitym czy co gorsza w sposób brutalny - ukaranym.
Na mnie skupiał się trzydziestoletni, przystojny i wysportowany kapitan całego tego chorego pomysłu - Iwo. Może i był przystojny, ale dla mnie zawsze będzie widniał obraz Scotta. To co, że podobał mi się od kiedy przeprowadziłam się obok niego. Ale co ja zrobię? Nigdy bym nie podeszła do faceta. Nikomu o tym nie mówiłam... nawet swojej przyjaciółce Cassidy. Właśnie... ciekawe, czy ona również się martwi...?
No i ruszyliśmy dalej.
Postój zaliczyliśmy po trzech godzinach jazdy. Każda dziewczyna dostała swój posiłek, chociaż trochę, a ja nic. Widocznie Iwo coś na mnie szykował, a ja bałam się coraz bardziej. Może chcą mnie zagłodzić...?
Na noc zatrzymaliśmy się w opuszczonej fabryce na jakimś polu. Wszystkie poszłyśmy się położyć spać, jak nam kazali porywacze. Spałyśmy na kocach i jakiś małych poduszkach. Nagle poczułam jak ktoś schodzi na dół po kamiennych schodach i zbliża się w moją stronę. Przestałam oddychać, wystraszona patrzyłam tylko przed siebie, czując za sobą czyjś oddech, słysząc kroki.
Ktoś przesunął ręką po moim udzie idąc w górę, zatrzymał się przy moich piersiach. Nagle zakrył mi usta, a ja zaczęłam krzyczeć, a raczej próbowałam. Szarpałam się, on mnie uderzył tak, że rozciął mi wargę. Cała była zakrwawiona. Potem uderzył mnie w okolice oka, można powiedzieć, że w brew. Pojawiły się siniaki i krew.
Ktoś zszedł na dół z latarką i ściągnął ze mnie, jak zauważyłam dopiero teraz - Iwa. Lena okrzyczała go, ale śmiała się ze mnie.
-Zgwałcisz ją później. - odeszła z Iwem na górę.
Musiałam jakoś się stąd wydostać... tylko... jak...?
czwartek, 3 września 2015
Od Scotta
Dni mijały a ja czułem sie tak jakby zabrano mi sens życia. Derek był cały czas przy mnie... zmieniałem się. Powiedział mi że jestem teraz chimerą. Co to takiego? To taki miks wszystkich istot nadnaturalnych. Jestem wampirem, wilkołakiem, Śmiercią i jeszcze czymś tam czego nie ogarniam. Trochę sporo tego. Czułem pustkę w sercu. Zuza odeszła.. Nie mogłem tego znieść. Musiałem ja odzyskać. Jednak Derek kategorycznie zabraniał mi działać. Twierdził że muszę opanować to czym sie stałem i nadal staje. A ja nie chciałem być tym. Wolałem być normalnym człowiekiem z normalnymi ludzkimi problemami.
-I co teraz jako że jestem też wampirem to będę spał w trumnie w czasie dnia a w nocy latał po lesie jako wilkołak? -burknąłem.
-Nie. Wampiry nie śpią w trumnach jednak światło dnia będzie ci dokuczać. Nie będziesz biegał każdej nocy jako wilkołak ale pełnia będzie wyzwalać w tobie wilka. Oczywiście poza pełnią też będziesz mógł sie przemieniać. Będziesz nieludzko szybki, zwinny. Lepszy słuch, węch i wzrok. Jest sporo zalet ale i są wady.
-Ja widzę jedną.. największą. Nie jestem człowiekiem!
-Masz humorki jak baba. Taki sie naprawdę urodziłeś. Od przeznaczenia nie ma ucieczki.
-W takim razie nie powinienem się urodzić. Było by o wiele lepiej.
Derek pokręcił głową i wyszedł z pokoju... a raczej piwnicy która robiła za mój pokój.
Co zasnąłem to śniła mi się Zuzanna. Musiałem ją uwolnić. Za wszelką cene. Kiedyś Derek powiedział mi że jako następca Śmierci mam z nia silny kontakt mentalny.
Derek gdzieś wyszedł. Wyczułem to. Zamknąlem oczy i skupiłem się. Przeniosłem swojego ducha do miejsca gdzie był mój wróg.
-Scott nie spodziewałem się że mnie odwiedzisz jeszcze.
Zuzanny nie było w pobliżu.
-Chce zawrzeć z tobą pakt.
-Interesujące... Mów dalej.
-Ja za Zuzanne. Onna nie jest ci potrzebna. A ja jestem ciągłym zagrożeniem dla ciebie jako twój następca. Ty obiecasz że nigdy nie ruszysz Zuzy, zostawisz ją w spokoju. A ja oddam się w twoje ręce i odstąpie od zastąpienia twojego miejsca.
-Jesteś zabawny i głupi jednak szlachetny także.
-To jak?
-Jesteś gotowy podpisać cyrograf ze Śmiercią skazując siebie na wieczne potępienie by jedna dziewczyna.. Mogła byś wolna i szczęśliwa?
-Tak jestem gotowy.
-Za dwa dni w starej katedrze. Masz byś sam. Nikomu nic nie mów. Tak sie spotkamy. Równo o północy.
-Dobrze.
-Do zobaczenia szlachetny Scott'cie.
-Do zobaczenia...
Znikłem wracając do swojego ciała. Tak było lepiej... Poświęce się dla wyższego celu. I tak byłbym beznadziejną Śmiercią-chybrydą. A tak.. Przynajmniej zginę dla kogoś. Kogoś... Kto jest dla mnie ważniejszy niż życie. Dla Zuzanny.