środa, 30 września 2015

Od Zuzi

  Siedziałam na drzewie tak dobrą godzinę a potem gdzieś w głębi lasu usłyszałam wołanie.
-Zuza!!! Boże... Zuza gdzie Ty jesteś?!
-Zuzia!!!
-Cholerna rodzinka się znalazła. - szepnęłam. - naprawdę chciałabym Cię zobaczyć Scott... - szepnęłam.
-Boże... Zuza! Idę po ciebie! - krzyczał brat.
-Wal się. - odkrzyknęlam.
-Odzywaj się do brata! - mówi ojciec.
-Sram na to. - westchnęłam.
  Zeszłam z tego drzewa na ziemię zdenerwowana reakcją swojej rodziny jakbym była nędznym młodzikiem, małym ptaszkiem który nie umie latać a wzbił się na sam szczyt by wyfrunąć choć na chwilę z klatki... a oni nic nie rozumieją i wszystko psują.
  Brakuje mi szczęścia na które juz nie mam najmniejszych szans. Brakuje mi Scotta przy którym pewnie ukrywałabym chorobę ale byłabym szczęśliwa nawet w swojej cholernej chorobie.
  Mój brat był ze swoją narzeczoną... której Nienawidziłam. Mój brat jest realistą, jako jedyna osoba w tej rodzinie coś osiągnął. W sensie... ma dwadzieścia dwa lata i juz założył firmę nawet nie starając się za bardzo na studiach choć tam ma wybitne osiągi. Wstydzi się nas, naszej rodziny, dlatego nie chce nigdzie z nami chodzić, na przyjęcia czy do restauracji. Kiedyś tak wychodzilismy a teraz wszystko się sypnęło. Przez moją chorobę wszystko jest źle.
- Co tam Zuza? - spytała narzeczona brata gdy weszłam do domu.
  Nie odezwałam się, tylko spojrzałam na tę sukę jakbym chciała ją zabić a wtedy wszedł mój brat.
- Ooo... widzę, że się polubiłyście. - skomentował brat.
- Cholernego masz pecha, Alex. - powiedziałam i ruszyłam do swojego pokoju.
  Potem wszedł tata mówiąc mi ze lekarz chciałby mi przestawić sytuacje postępu choroby. Zgodziłam się ten ostatni raz na wizytę u lekarza... ale i tak nie zacznę leczenia. Umrę.

wtorek, 29 września 2015

Od Scotta

Szukałem ich. Demonów. Jechałem właśnie busem do miejscowości skąd mnie porwali. Kiedy wreszcie dojechałem do hotelu w którym mieszkałem zacząłem łapać trop. Po dwóch godzinach udało mi się dotrzeć do wielkiem willi. Wszedłem do środka. Było ich tu pełno! Oni mnie widzieli.
-Witaj Scott. Jak tam sie jeszcze żyje?
-Co mi zrobiliście?!
-Odrobina współpracy ze Śmiercią. Chcesz zobaczyć swoje ciało? Mamy je w piwnicy. Ale nie na długo. Śpierć planuje je wyrzucić do najgłębszego miejsca w oceanie. Ale nie martw się. Twoje dni i tak są policzone. Teraz jesteś czymś w rodzaju ducha. Poza ciałem długo nie przeżyjesz. Będziesz coraz słabszy... Jeśli tylko w twoim ciele będzie biło serce. Jeśli twoje ciało umrze pierwsze będziesz mógł żyć w takiem postaci wieki. Ale jeśli twoje ciało będzie żyło to twój duch poza nim długp nie przeżyje a wtedy ty znikniesz poczym twoje ciało umrze. Tak czy siaknie wrócisz do ciała a jeśli nie sprawisz że twoje serce stanie na zawsze.. Długo jako duch nie pociągniesz. Wybór należy do ciebie.
Teleportował mnie gdzieś. Do jakoegoś lasu. Na początku nie wiedziałem gdzie jestem.. I w oge ale kiedy nagle dostrzegłem Zuze na drzewie już nic nie było ważniejsze od tego że ją zobaczyłem. Wspiąłem się do niej. Kiedy już byłem obok niej żałowałem że nie może mnie zobaczyć. Usiadłem pbok niej i ją przytuliłem a ona tylko zachowała się tak jakby zawiał chłodniejszy wiatr...

Od Zuzi

  Siedziałam w fotelu przyglądając się jak mama wpatruje się we mnie z szerokim uśmiechem. Jednak mi wybaczyła błędy przeszłości... albo udaje, bo jestem chora...
-Może Ty jej przemówisz do rozsądku...
-A co jest? - spytała zdziwiona mama - Coś nie tak?
  Spojrzała na ojca jakby chciała go zabić samym wzrokiem. Nienawidzi go, a mój ojciec jej... tylko co takiego mogło się stać między nimi? Zresztą co mnie to.
-Jest chora na...
-Tato! - krzyknęłam zła.
  Poderwałam się z krzesła.
-Musiałem jej powiedzieć to twoja matka!
-Mam to w dupie. Wychodzę.
  Wściekła wybiegłam z domu ignorując fakt, że nie wolno mi się przemęczać.  Poszłam lasu, nie wolno mi się oddalać ani nigdzie samej chodzić ale chciałam się przejść. Siedziałam na wysokim drzewie i patrzyłam przed siebie.  
  Tęsknię za Scottem...
  Za dawną zdrową sobą...
-Tu nie jestem już chora. - patrzyłam w górę. Pogoda była cudowna. - Mogę tu zostać, zamieszkać, zbudować domki z drewna, uprawiać warzywa... żyć od tej całej chorej zatrutej cywilizacji... gdyby był tu ze mną Scott... mógłby ze mną tu zostać... na tym drzewie...
  Dzwonił mój telefon ale nie odbierałam. Zignorowalam wszystko wylaczylam telefon i siedziałam na tej gałęzi i marzyłam... chciałam, żeby Scott wrócił...

Od Scotta

Sporo się pozmieniało. Nie zawarłem paktu z Christianem. Na własną rękę szukałem Zuzy. Dziś rano obudził mnie telefon. Dzwonił tata.
-Hallo tato? Coś się stało?
-Twoja przyjaciółka Zuza wróciła. Własnie był u mnie jej tata.
-Co?! Zuza jest w domu?!
-Tak..
-Wracam do domu.
Rozłączyłem się i wstałem.
Kiedy już wychodziłem z pokoju hotelowego w drzwiach wpadło na mnie 4 facetów. No... Ludźmi oni nie byli co wyczułem od razu.
Rzuciłem jednym z demonów o ścianę. Reszta przygwoździła mnie zaraz do ściany. Długo nie czekałem. Jako że hybrydą byłem już dłuższy czas opanowałem już wszystkie zdolności prawie do perfekcji.
Przemieniłem się w wilkołaka. Rzuciłem demonami jak najdalej po czym ukucnąłem i zawarczałem. Byłem gotowy zabić ich nawet własnymi zębami. To znaczy ich obecne ciała. Wampir i wilkołak w jednym. Przeciwnik nie tak łatwy do pokonania.
Już ruszyłem w ich stronę kiedy całe moje ciało przeszył ból. Upadłem na kolana i straciłem przytomność.


Obudziłem sie na ulicy. Dokładnie na ławce. Nie wiem gdzie byłem. Co tamci mi zrobili? Wstałem i podszedłem do pierwszego przechodnia. 
-Przepraszam może mi Pan powiedzieć jaka to miejscowość?-zapytałem jednak facet ominął mnie po prostu jak ducha. 
Podszedłem do starszej Pani.
-Przepraszam powie mi Pani jaka to miejscowość?
Nic.
Dotknęłam jej ramienia a ta poprawiła sobie szczelniej płaszcz tak jakby nagle zrobiło jej sie chłodno po czym odeszła. 
-Co jest?!
Zobaczyłem sklep na przeciwko. Tam na pewno mnie nie zignorują. 
Kiedy przechodziłem na pasach przez ulicę omal nie wjechał we mnie samochód. Tak jakby mnie w ogóle nie widział. 
Przechodząc obok okna zobaczyłem że... a raczej nie zobaczyłem swojego odbicia! Co jest?! Wszedłem do sklepu.
-Przepraszam jaka to miejscowość?
Ekspedientka nawet na mnie nie spojrzała. Musiałem coś sprawdzić. Podniosłem pierwszą rzecz z szafki.
-Ja sobie to wezmę.-powiedziałem po czym wyszedłem ze sklepu. 
Nic.. nawet nie zwróciła uwagi że ukradłem coś. 
Co jest grane? 
Szedłem prosto chodnikiem nie wiedząc co zrobić. 






Nie wiedziałem gdzie jestem ani co sie ze mną stało. Pierwszą moja myślą było to że umarłem i jestem duchem.. no ale raczej nie prawda? 
Musiałem dostać sie do domu.. 


poniedziałek, 28 września 2015

Od Zuzi

  Siedziałam w kuchni patrząc na siebie w odbiciu ekranu swojego telefonu który dostałam od taty. Tamten stary wyrzuciłam. Tata wszedł do kuchni kierując się do lodówki. Uśmiechnął się do mnie i wziął kubek kawy a potem przysiadł się do mnie.
-Byłem u taty Scotta...
-Kto to Scott? - spytałam mrużąc oczy.
-Jak to... Zuzia, to nie jest śmieszne. - zaśmiał się i tknął mnie w ramię.
  Ja jednak byłam poważna. Patrzyłam się pytająco na ojca czekając na wyjaśnienie.
-Nie żartuję, w ogóle... o co chodzi? Jaki Scott?
-Susa... nie pamiętasz...? Nic...? Mieszka tuż obok...
  Wzruszyłam ramionami.
-Nie wiem kto to.
-Wpadnie twój starzy brat... ale wcześniej jedziemy do lekarza.
-Mówiłam, że nie chcę wizyt u lekarzy ani leków.
-Ale to nie jest normalne, że zapominasz kim jest.
-To mój gwałciciel?
-Słucham?!
-Ach... tato...
-Dobra... Sus... nie ważne... nie ciągnijmy tego. Poznasz go, podobno wraca dziś po południu.
-Mam to gdzieś. - westchnęłam.
-Jesteś inna...
-Może właśnie zdałam sobie sprawę że mam niewiele czasu i może lepiej przygotować na to wszystkich? Mam nadzieję, że nikomu nic nie rozgadałeś o mojej chorobie.
-Nikomu. Przysięgam... ale...
-W dupie mam twoje ale. Idę do pokoju.
  Ruszyłam przed siebie po schodach i wzięłam karton. Pozrywałam ze ścian wszystkie zdjęcia, wrzuciłam do pudełka wszystko co było przeszłością.
  Do pokoju wszedł tata.
-Co robisz?
-Sprzątam śmieci.
-Śmieci? Jeśli tego nie chcesz, ja to wezmę.
  Wzięłam do ręki zdjęcie z Hiszpani sprzed dwóch lat.
-Miałam wtedy piętnaście lat. Wtedy pierwszy raz gwizdnął na mnie chłopak. Zrobiłeś zdjęcie na pamiątkę pierwszego gwizdu.
-Pamiętam. - uśmiechnął się głupkowato.
  Kretyn a nie ojciec.
-Wyrzucam to co chcę.
  Wzięłam swoje sukienki i spojrzałam przez okno gdy poczułam dziwny zapach. Wzięłam kartony i poszłam przed siebie.
-Gdzie idziesz?
-W sąsiednim ogrodzie jest ognisko.
-I co?
-Spalę to co mam spalić.
  Bez słowa przeszłam przez niewielkie ruiny starego, ogrodowego muru Ternerów i podeszłam do beczki w której paliły się gałęzie i jakieś rzeczy. Wrzucałam tam po kolei swoje zdjęcia i inne rzeczy. Na końcu miały pójść te piekielne sukienki których nigdy nie chciałam zakładać.
-Kto tam?! - wyszedł z garażu jakiś wysoki chłopak.
  Zamurowało go.
-Mam nadzieję, że nie przeszkadza ci, że używam twojego ognia do spalenia tych śmieci. - westchnęłam i wrzucałam kolejne zdjęcia.
-Zuza...?
  Spojrzałam po raz kolejny na chłopaka.
-Skąd znasz moje imię?
-Nie pamiętasz mnie...? Nie rób sobie jaj... Jestem Scott... Zuza... martwiłem się...
  Przytulił mnie nagle a ja byłam totalnie zaskoczona.
-Hej,hej! Nie wiem nawet kim jesteś!
-Straciłaś pami... Christian... cholerny...
-Co? Straciłam...?
-Da się ją przywrócić...
-Nie wiem o co ci chodzi, jesteś dziwny. - uśmiechnęłam się słabo.
-Co ci się stało?
-Zadajesz baaardzo dużo pytań. - parsknęłam.
-Przypomnij sobie mnie... proszę... - spojrzał mi w oczy i dotknął mojej dłoni.
  Zemdlałam momentalnie.

  Otworzyłam oczy. Przede mną zobaczyłam... Scotta...
-Żyjesz...? - spytał Scott a ja rzuciłam się na niego.
-Jesteś... - szepnęłam.
-Co się dzieje? Czemu ścięłaś włosy?
  Przypomniało mi się...
  Chemioterapia... ta magiczna błyskawiczna chemioterapia dla tych chorujących ciężko dzieci. Ta tajemnicza formuła... czyli... jest ze mną źle..?
  Milcz i ani słowa więcej, Zuzanno! - pomyślałam.
-A tak jakoś... - szepnęłam. -A co? Wyglądam jak jakiś paź? - zaśmiałam się nerwowo.
-Kłamiesz...
-Nie. - wstałam, a raczej pomógł mi wstać.
-Co się działo z Tobą?
-Porwali mnie... długa historia... a potem... pot... poteeem...em... - spanikowałam i zaczęłam drapać paznokciami skórę na rękach.
-Spokojnie, Zuzia... chodź. Opowiedz mi wszystko dopóki mnie pamiętasz...
-A nie pamiętałam...
-Nie.
-Jak to?
-Christian rzucił zaklęcie żebym się odsunął od ciebie.
-Jesteś wolny...?
-Powiedzmy.
  Usiadłam na krześle.
  Do domu weszła jego siostra.
-Kto to, Scott?
-To moja przyjaciółka, Zuzia.
-Hej. - uśmiechnęłam się do niej słabo.
-Czemu tak wygląda?
-Hah... to znaczy...?
-Taka blada i słaba?
-Właśnie, dlaczego?- poparł pytanie siostry.
-Ja pierwsza pytałam!!! - krzyknęła drocząc się z bratem. - Ale ty jesteś głupi... a ona ładna! To twoja dziewczyna!
-Zaraz cię złapię...! - dopadł ją i zaczął łaskotać.
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na nich.
  Jego siostra uciekła na górę wyzywając go, a gdy zamknęła się w swoim pokoju Scott usiadł naprzeciwko mnie i patrzył na mnie badawczo.
-Coś się zmieniło.
-Wiele rzeczy. - szepnęłam.
-Czemu masz siniaki na szyi? Czemu jesteś taka słaba, poobijana?
-Zgwałcono mnie w Berlinie gdy wyszłam z domu publicznego. Pracowałam tam, a raczej porwali mnie... Christian coś wiedział, a mnie wydał komuś z piekła by mnie wywieźli z dala od Ciebie żebyś myślał, że nie żyję.
-Tak myślałem...
  Niedługo tak będzie... - pomyślałam.
-Zgwałcono cię? Kto to był?
-Nie wiem... Scott...
-Tak...?
-Boję się... boję się wychodzić z domu... torturowali mnie w jakimś szpitalu czy jakiejś korporacji... Boję się... - zaczęłam płakać. - że znowu ktoś mnie zaczepi... i ... zacznie bić... rzucać mną jak... rzeczą... i...
  Scott wstał nagle i przeniósł mnie na fotel. Usiadł a mnie posadził na kolanach. Przytulił mnie mocno i pogładził po plecach delikatnie.
-Nigdy, ale to przenigdy cię nie opuszczę.
-Musisz...
-Co?
  Wstałam wycierając łzy.
-Musisz o mnie zapomnieć...
-Ale... Zuza...!
-Żegnaj...
-Czemu? Zuza!
-Nic mi nie przysięgałeś. Zapamiętaj tylko to. Znajdź sobie dziewczynę godną twojej uwagi. Żegnaj... Scott...
   Straciłam przytomność...

  Obudziłam się w łóżku. To był tylko sen... Nie straciłam pamięci... Cała rozmowa ze Scottem się nie odbyła... nie widziałam go jeszcze... nie wie, że tu jestem... chyba... Boże.. oszaleję...!

Od Zuzi

  Obudził mnie sygnał karetki i jakieś głośne szepty ludzi. Poczułam, jak ktoś mnie łapie, chciałam się bronić, wyrwać osobie która podniosła mnie i położyła na jakimś miękkim jakby... łóżku? W tle słyszałam stłumiony dźwięk aut, ruch ulicy i te same szepty ludzi. Chyba mnie skądś zabierali... tylko skąd?
  Nadal miałam zamknięte oczy, nic do mnie nie docierało. Byłam słaba, zmęczona i czułam się okropnie... Nie wiedziałam co się dzieje dookoła mnie.
-Co jej jest? Proszę pana! - usłyszałam znajomy głos - Proszę mi powiedzieć!
-Jest pani z rodziny? - teraz męski głos gdzieś w tle zaczął się oddalać.
-Nie, ale jestem jej przyjaciółką...
-Nie mogę udzielić pani żadnych informacji.
-Mogę jechać z wami?
-Może pani. Ale żadnych informacji nie mogę pani udzielić.
  Potem straciłam przytomność.
   Obudziłam się w szpitalu nawet nie wiem jak się tam znalazłam. Ale tyle dobrego ze byłam daleko od tego domu publicznego. Na korytarzu stała Cassidy, widziałam ją z łóżka na którym leżałam.  Wiec była na miejscu zdarzenia... ale właściwie co się stało...?
   Wszedł do mnie lekarz z jedną pielęgniarką. Spojrzał na mnie a potem na pikające urządzenie którego nie mogłam zidentyfikować, ponieważ obraz mi się rozmazywał.
-To skutek uboczny leków jakie pani musiała dostać. - wyjaśnił widząc moje zdezorientowanie - Jak się pani czuje? 
  Chrząknęłam i spojrzałam się na lekarza. Podniósł wzrok znad jakiś kartek które skończył przeglądać i zaczął wgapiać się we mnie czekając na odpowiedź.
-Czuję się... dziwnie...Czemu mam trudności z mową...?
-Ma pani ślady na szyi, to oznaka podduszania. 
-Co się ze mną stało?
-Nie pamięta pani? - spytał zdziwiony lekarz.
-Nie... 
-Podano pani coś w jakimś napoju?Cokolwiek pani piła?
-Nie, byłam w mieście... a potem...
-Wszystko na to wskazuje, że została pani... zgwałcona...
-Proszę...?
-Ma pani ogromne sińce za szyi, cięcia na brzuchu a także rozbitą głowę. 
-Wiadomo kto to zrobił...?
-Nie... Ale nie może pani wyjść ze szpitala. A także zakazane jest w takim stanie zbyt dużo mówić. 
  Kiwnęłam głową a lekarz wyszedł coś notując.
  Cass wparowała do środka i złapała mnie za dłonie. 
-Wyjeżdżamy...
-Nie... nie... nie moż...emy... 
-Nic nie mów... wiem, słyszałam co lekarz mówił... spokojnie, moja mama jest lekarzem, pamiętasz?
-Tak... 
-Wszystko jest już dobrze. Zabiorę cię stąd. Wypisz się na własne żądanie. 
-Ale...
-Moja mama się Tobą zajmie. Wrócimy do domu, Zuzia. - uśmiechnęła się i przytuliła mnie.
  Miałam łzy w oczach. Nie wierzyłam, że jeszcze usłyszę '' wracamy do domu''. 
  
  A więc wypisałam się na własne żądanie. Lekarz przypisał mi leki bo mam podejrzenie o jakąś chorobę... aż szkoda o tym myśleć. Oczywiście lekarz poprosił o numer do rodziców, bo dopiero za tydzień kończę osiemnaście lat. Nadal jestem niepełnoletnia. 
  Wyszłam na zewnątrz a Cass z jakimś facetem poprowadzili mnie do domu. Bałam się każdego faceta który na mnie patrzył. Miałam już to w psychice co starałam się opanować... ale nie umiałam. To było silniejsze. 
-To mój tata Zuzia, nie pamiętasz? - spytała patrząc się na mnie.
-Nie... nic już nie pamiętam... chcę do domu...
-Już jedziemy Susanne. 
-Susanne? - spytałam patrząc się na zmieszanego tatę Cassidy. 
-Tak na Ciebie mówiłem jak byłaś mała... - wspomniał i wsiadł za kółko.
  Siedziałam na tylnych siedzeniach pod dwoma kocami. Byłam bardzo blada, osłabiona i cała w bandażach, plastrach i nafaszerowana chemią. Podawali mi lekarstwa gdy byłam nieprzytomna... Moja choroba może okazać się prawdziwa, ale na to trzeba czasu, co najmniej tydzień czy dwa. 

  Gdy zobaczyłam napis Villigemoon, wiedziałam, że to już mój dom. Podjechalismy pod mój dawny dom. Ciekawe czy mama mi wybaczyła... nie ma mnie z nimi przecież dobry rok... Wiele mogło się zmienić... mam nadzieję, że nadal mnie kocha i chce bym wróciła. Ciekawe, czy tata już wyleczył się z alkoholizmu...? 
  Wyszłam z samochodu a z domu wyszedł tata z kilku dniowym zarostem. Wyrobił się, zmienił... był wysportowany, dobrze ubrany, zupełnie jak nie on. Wyprzystojniał...
  Zamurowało go na mój widok. Ja stałam przed bramką i patrzyłam się na niego. Upuścił kubek z kawą i pobiegł do mnie. Padłam mu w ramiona tracąc siły. Wyściskał mnie, milion razy chyba patrzył na moją bladą, obitą twarz i szeptał '' moja kochana córeczka wróciła''. 
-Tatusiu... - szepnęłam ledwo co. 
-Jestem tu kochanie... już dobrze... - westchnął i pogłaskał mnie po głowie. - Dzięki Don... jestem twoim dłużnikiem... nie wiem... nie wiem jak... jak dziękować...
-Cassidy kilka dni temu dała mi znać... gdzie jest... gdyby nie to...
  Straciłam nagle przytomność.

-Córeczko... Sus...? - szeptał tata. 
  Leżałam na miękkim, nowym łóżku w swoim całkiem odnowionym, lepszym pokoju. Były na ścianach zdjęcia z dawnych lat z rodzicami i pocztówki, pamiątki i takie dam. 
-Tak się czasem dzieje tato...
-Dzwonił do mnie lekarz... dosłownie przed chwilą...
-Co mówił...
-Że jesteś chora na...
-Tato... 
-Musimy jeździć do lekarzy na badania... musisz brać leki...
-Nie chcę ich brać.
-Co? Ale przecież w przeciwnym razie choroba się pogorszy i... i...
-Wiem. Ale pozwól,że to będzie moja decyzja... choroba jeszcze się nie uaktywniła i nawet nie ma 100% pewności że na nią choruję. Poczekajmy tydzień do wyników... Gdzie mama?
-Rozwiodła się ze mną. 
-Co? 
-Kilka tygodni po twoim zniknięciu wzięła pozew... 
-Czemu?
-Od razu zacząłem cię szukać... ten Scott też zniknął, rozmawiałem z jego ojcem ale mówił, że to dorosły chłopak i dał mu szansę robić co chce... ale ja cię szukałem wszędzie... Twoja matka zaczęła popadać w obłęd, najpierw cię znienawidziła a potem tęsknota za tobą dawała się we znaki. Zamieszkała w San Fransisco. Nie wiem ,czy chcesz ją jeszcze widzieć...
-Chcę tylko nie teraz... nie dziś...
-Prześpij się. Ja pojadę na komisariat zawiadomić ich, że się znalazłaś.
-Przyjaźnisz się z ojcem Scotta?
-Tak... od kiedy zacząłem pracować w firmie i odnowiłem to co przerwałem kiedyś... spotkałem go a raczej to ja mu wjechałem w zderzak... 
  Słabo się uśmiechnęłam i przytuliłam go.
-Idź, ja się prześpię.
-Wpadnę też do ojca Scotta i powiem mu, że się znalazłaś...
-A Scott jest tutaj...? 
  Moje serce drgnęło tak silnie, że aż zabolało. 
-Był kilka dni temu a potem znów znikał. Ten chłopak zamknął się jakoś w sobie... 
  Posmutniałam, zamilkłam i poszłam spać. A raczej udawałam, że śpię by tata spokojnie wyszedł. Patrzył się na mnie nie móc odejść... bał się...że znów zniknę... 

piątek, 25 września 2015

Od Zuzi

  Już nie odróżniałam rzeczywistości od fikcji. Wszystko mi się mieszało. Zed robił mi przeróżne testy na reagowanie na Scotta. Pokazywał mi jego zdjęcia, które nie wiadomo jak pojawiały się z dnia na dzień, pokazywał mi jak mu jest beze mnie dobrze, a przynajmniej mnie zapewniał, że tak jest. Zaczęłam wierzyć we wszystko co mi mówili w tej tajemniczej korporacji. Co się ze mną działo?Nie wiem... Nie wiem czy jeszcze byłam w tym ciele dawna ja...
  Czułam pustkę. Zed wypalił ze mnie jakiekolwiek uczucia i torturami wymazał mi z pamięci miłość jaką darzyłam skrycie i szczerze do Scotta. Nie byłam przygotowana na takie coś... na zmianę, jaka mnie uderzyła... stałam się inna.
  Cassidy była jedyną osobą z którą mogłam jeszcze porozmawiać, być z nią. Stałyśmy się nierozłączne. W Berlinie wylądowałyśmy tydzień później. Testy działały na mnie tak jak przewidywał dr. Zed... Czyli miałam bać się ale i nienawidzić Scotta.
-Przecież Scott nie jest niczemu winny...
-Jest. Wszystkiemu jest winny.
-Zuza...
-Przestań! Nie drąż tematu. Zapomnijmy o nim. Nie lubię o nim mówić.
-Jesteś słaba... spójrz na siebie..Od tygodni nie patrzysz w lustro, czeszesz się tyłem do lustra...
-I co? - spytałam wzruszając ramionami - Nie rozdrapuj starych ran, proszę Cię.
-Zuzia...
-Milcz, proszę.
  Wyszłam z pokoju w którym teraz mieszkałyśmy. Pracowałyśmy w domu publicznym, jednym z najlepszych w Berlinie. Nie takie miałam plany na życie. Być dziwką? Ale zmuszono mnie do tego. Iwo zniknął, zaczął w Polsce poszukiwanie nowych dziewczyn. Nikt nie mógł im pomóc.
  Codziennie płakałam w poduszkę i myślałam jaka jestem, jak wygląda moje życie i że cały czas żyję w strachu. Raz na jakiś czas pozwalają nam wychodzić do miasta ale zawsze ktoś nas obserwuje czy nie uciekniemy. Jesteśmy jak w klatce...
  Wyszłam do sklepu wieczorem. Wiedziałam, że jeden z młodych ochroniarzy z The Beverly Hills (tak nazywał się dom publiczny w którym byłam więźniem) śledził mnie. Przyśpieszyłam kroku, on również. Zbliżał się. Był coraz bliżej mnie, przestraszyłam się, stanęłam i wzięłam głęboki oddech. Nikogo nie było na ulicy. Czułam, że ktoś za mną stoi. Złapał mnie mocno za ramię i pociągnął w ciemną uliczkę zakrywając mi usta. Wyciągnął chusteczkę, była czymś nasączona. Przyłożył mi ją do nosa i zaczęłam wdychać dziwnie pachnący zapach z chusteczki. Traciłam oddech, świadomość i grunt pod nogami. Trzymałam się jeszcze jak najdłużej, wypatrywałam kogoś kto może przypadkowo przejdzie uliczką, ale nic z tego.
  Spanikowałam, moje serce stanęło, moje nogi stały się jak z waty, moje ręce zniknęły, nie czułam ich. Cała ja stałam żałośnie, zmieniając się w słup soli. Nic nie mogłam zrobić, dziwny zapach rozprzestrzeniał się we mnie jak jakaś dziwna zaraza, jak milion bakterii przejmowało moje ciało, każdą komórkę i przede wszystkim - mój umysł - który nadal walczył o tą cząstkę świadomości.
  Mężczyzna chwycił mnie mocniej, potem gdy zauważył, jak oczy same mi się zamykają... po prostu mnie puścił, uderzyłam głową o zimną, brudną i mokrą... betonową ziemię straciłam przytomność, moje ''gniazdka'' siadły, w wyniku czego straciłam ''światełko'' swojej świadomości.
  Obudziłam się na zimnej podłodze. Było pewnie rano, zaczęło się rozjaśniać. Nic nie pamiętałam, moja głowa krwawiła, pulsowała, pękała, rosła z bólu jaki odczuwałam. Nie mogłam się podnieść. Leżałam na zimnej betonowej ziemi gdzieś w ciasnej i ciemnej uliczce w Berlinie. Koszmar wrócił a wraz z nim cząstka mojej utraconej wcześniej świadomości.
  Co się stało?
  Nie umiem sobie na to odpowiedzieć, w mojej głowie jest ta czarna dziura, jak po wypadku, jakby ktoś tam coś wypalił. Otworzyłam ponownie oczy. Poraził je blask zapalającego się co kilkanaście sekund światła latarni ulicznej. Byłam cała we krwi, miałam dwa cięcia na brzuchu, byłam bez bluzki, leżała nieopodal. Część mojej bielizny również leżała gdzieś w rogu... Blisko mnie leżał telefon. Mój telefon.
  Przyczołgałam się do niego, choć wiele sił i bólu mnie to kosztowało. W środku myślałam, że eksploduję a na zewnątrz tylko żal i rozpacz.
  Nikt mnie pewnie nie pilnował z ochroniarzy. Zadzwoniłam do Scotta, a raczej posłałam mu wiadomość, bo tylko na to było mnie w tej chwili stać. Podświadomie jakoś tak do niego napisałam... teraz tylko on mógł mnie stąd wyciągnąć gdziekolwiek jest... chociaż tak bardzo się go boję i go nienawidzę..
Zadzwoniłam po karetkę, podałam adres, ledwo co mówiłam i ledwo co pamiętałam gdzie dokładnie jestem, na szczęście na murze była tabliczka z nazwą ulicy. Nie wiem czemu jestem słaba, co się stało... ale... wiem, że potrzebuję pomocy lekarza... kogokolwiek...

Od Zuzi

-Cassidy? Co Ty tu do cholery robisz? - wstałam z łóżka i spojrzałam na przerażoną przyjaciółkę - Chodź, jesteś cała lodowata! Ogrzej się...
  Okryłam ją kołdrą i zajęłam się przyjaciółką.
-Za...Zabrali mnie... Napadli... jakaś grupa chłopaków... wyskoczyła z samochodu i napadli na mnie... na moich rodziców... mama uciekła i zadzwoniła po policję ale mnie już nie było... zabrali mnie... tata leżał nieprzytomny...
-Cass... wyciągnę nas z tego koszmaru, obiecuję.
-Przysięgasz...?
-Tak. Ja zawsze dotrzymam słowa. - szepnęłam i przytuliłam przyjaciółkę.
-Ja nie chcę tu być...
-Coś Ci złego zrobili?
-Nie. Ale pobili mnie. - spojrzała na moje dłonie i nogi - Ciebie też...?
-Tak, ale nie przejmuj się tym, zgoda?
-No... okej...
  Do pokoju wszedł Iwo. Miał w ręku tę samą broń, którą zawsze trzymał przy sobie. Uśmiechnął się do mnie i Cass. Objęłam ramieniem przyjaciółkę pokazując, że nie pozwolę jej skrzywdzić. Była mi jak siostra, w tym momencie wiedziałam, że muszę o nią dbać... nie ważne, za jaką cenę.
-Idziesz ze mną Zuz.
-Po co?
-Mamy niespodziankę dla ciebie.
  Przytuliłam przyjaciółkę, która złapała mnie mocniej gdy zaczęłam ją powoli puszczać. Posłałam jej spojrzenie, że wszystko będzie dobrze, że wrócę i wszystko będzie dobrze... że ona jest bezpieczna. Zadbam o nią tak jak powinnam.
  Wstałam z łóżka i poszłam z Iwem. Zeszłam na dół do piwnicy, której nie miałam jeszcze okazji zobaczyć, przeszłam przez wielkie, stalowe drzwi. Ukazał się przede mną korytarz. Nie był jakoś specjalnie duży... weszło za nami dwóch uzbrojonych mężczyzn. Nie wiem czemu byłam obstawiona przez uzbrojone tajemnicze służby. Ale mieli czarne maski, jak z FBI. Ale po prawej stronie mieli dziwne napisy, może to jakaś tajemnicza korporacja czy coś?
  Iwo wyjął z kieszeni klucz i poszedł przed siebie, sześć kroków za nim poszłam ja wraz z dwójką ochroniarzy. Iwo włożył klucz do zamka, a następnie obok w ścianie wysunęła się klapa z jakby szablonem jakiejś dłoni. Iwo przyłożył swoją w to miejsce, światełko nad klapą zaświeciło się na zielono trzy razy, a wielkie, metalowe drzwi szybko wysunęły się i mogliśmy przejść.
  Piwnica zmieniła się w jakiś podziemny budynek. Ludzie w nim mieli czerwone oczy, czyli to były demony lub wampiry. Podejrzewałam bardziej demony. Iwo pchnął mnie dalej, gdy zatrzymałam się obserwując jakąś przeprowadzaną operację na człowieku, który nieprzytomny leżał na łóżku operacyjnym.
  Ubrałam jakby szpitalną piżamę, taka biała, przypominała coś na wzór starych czasów z wariatkowa... Aż mną wstrząsnęło. Poszłam przed siebie, gdzie prowadził Iwo. Weszłam do pomieszczenia, wyglądała jak sala przesłuchań na komisariacie policji. Usiadłam na wskazane miejsce przez dziwnego faceta w czarnym garniturze. Nagle z krzesła na którym usiadłam wysunęły się jakieś metalowe coś, co zablokowało moje ręce i nogi. Spojrzałam się przerażona na mężczyznę, a on spokojnie usiadł naprzeciwko, wyjął jakiś nieznajomy mi przyrząd, który położył po swojej lewej stronie i nacisnął guzik. Po kilku sekundach zadziałało to jak projektor, ale nie taki zwykły. Ten był w jakiś sposób magiczny, bo nie pokazywał obrazu na ścianie czy na jakimś płótnie, czy czymkolwiek. Wyświetlił jakieś cyfry, napisy, informacje, a potem moje zdjęcie które nie wiem kiedy było zrobione. To wszystko pokazywało się w powietrzu. Wpatrywałam się to w nieznane magiczne coś i w nieznajomego mężczyznę.
-A więc zgadzasz się na ten wywiad? - spytał mężczyzna - Nie bój się. Ja jestem Zed.
  Milczałam.
  Spojrzałam w prawo, za szybą stał Iwo z tamtymi ochroniarzami.
-Czy to jakieś przesłuchanie...? Ja nic nie zrobiłam...
-Chcę ci pomóc.
-Ale to oni mnie porwali...
-My cię ratujemy.
-Kim jesteście?
-To ja zadaję pytania, ty masz milczeć i odpowiadać gdy ci pozwolę.
  Wykonałam polecenie. Myśl o dobru Cass...
-Gdy zrobisz coś źle i nie będziesz współpracować, zapłaci za to twoja przyjaciółka Cassidy. Rozumiesz?
  Mówił bardzo spokojnie, jednak to nie działało na mnie kojąco. Kiwnęłam głową, że rozumiem i wpatrywałam się w trzydziestoletniego Zeda.
-A więc... wyjaśnię tyle, że zostałaś nam przekazana przez Christiana, pana śmierci. Pewnie się zastanawiasz... czemu? Ponieważ było to prostsze. Już do niego nie należysz. Oddał cię nam byśmy wmusili ci znienawidzenie pewnej osoby, którą znasz... nazywa się Scott...
-Nie mieszajcie go w to... błagam...
-Kochasz go? - spytał Zed.
  Milczałam.
-Pamiętaj co mówiłem. Musisz współpracować.
-Kocham.
-Wyobraź sobie, że gdy mówisz,że go kochasz czujesz takie coś...
  Nagle poraził mnie prąd, co potem przerodziło się w ogromny ból całego mojego ciała.
-Nie... ja go kocham...
-Współpracuj. Wtedy nie stanie się nic Cass.
-Ale Scott...
-Ech... Słoneczko... słodziutka Zuziu... pamiętaj, że Scott też za to zapłaci. Nie puścimy mu tego płazem.
-Jeśli... będę... was słuchać...?
-To nic mu się nie stanie.
-Dobrze...
-Pomyśl, że go nienawidzisz. Że gdy go sobie przypomnisz chcesz go zabić.
  Nie mogłam tak myśleć.
  Nagle poraził mnie prąd, ale milion razy mocniejszy a ból po tym był niewyobrażalnie silny.
-Nie chcemy Scotta. Pamiętaj, że on cię nie uratuje.
-Dajcie mi spokój...
-O nie,nie. Moja droga, to się dopiero zaczyna. - szepnął.
  Zamknęłam oczy, wzięłam głęboki wdech, a potem mnie zabrali gdzieś... znów do mojej przyjaciółki Cass...

piątek, 18 września 2015

Od Zuzi

  Kierowca który swoją drogą był ''szefem'' całej tej gromadki młodych ludzi którzy byli najwidoczniej na zawołanie samego diabła. I tak, tu mam rację. Oni sami są posłańcami piekieł - są demonami. My i cała nasza grupa ma nad sobą jakby nie możliwą do zniesienia tarcze, co utrudnia, wręcz uniemożliwia komuś o nadprzyrodzonych zdolnościach dowiedzieć się, gdzie aktualnie się znajdujemy. Ja już odpuściłam sobie wszelkie starania, coś we mnie po prostu pękło już miesiąc temu, gdy Christian wydał mnie tym ludziom. Siedem dziewczyn które były ze mną emanowały niepokojem i strachem, a także tęsknotą za rodziną i przyjaciółmi, swoim domem.
  Ja nie miałam nic, już dawno temu straciłam to co było moje. W sumie jestem jakby wrakiem człowieka. Teraz przekraczamy granicę. Tu zmieniają się zasady. W Niemczech na przykład zmieniają się o tyle, że jesteśmy nieosiągalni nawet dla Christiana. Śmierć oczywiście ma dobre układy z piekłem, ale i tak są takie a nie inne zasady, szanują się nawzajem. 
  Zrobiliśmy postój. Zatrzymaliśmy się w jakimś niewielkim domu. Wszystkie siedem dziewczyn musiało usługiwać całej piątce porywaczy. Iwo siedział wygodnie na masce samochodu towarowego, patrzył się na mnie pożądliwie. Braun, jeden z porywaczy, podszedł do Ivy i klepnął ją w tyłek, ona nic nie powiedziała, drgnęła tylko i nic nie mówiła. Ja miałam najlżejsze i najszybsze zadanie które co prawda specjalnie przedłużałam. Wieszałam zasłony na okna, tak kazała Lena. Była jedyną dziewczyną, ale przywiązywała wagę do wyglądu danego pomieszczenia w którym się zatrzymywaliśmy. 
  Spojrzałam na Iwa, nie spuszczał ze mnie wzroku. 
  Cholera. 
  Nie mogłam uciec, to było najgorsze co sobie w tym momencie uświadomiłam. W końcu Lena pogoniła mnie do pokoju, uderzyła kijem golfowym który trzymała w ręku i ze śmiechem patrzyła jak pobiegłam na górę zapłakana. Każda z nas siedziała w tym opuszczonym dopiero co domu, w jednym pokoju były po dwie dziewczyny, ja byłam z Ivy. 
  Pobiegła za mną. Usiadła obok mnie na łóżku i patrzyła się na mnie smutna, zmartwiona i przerażona. 
-Nie płacz...
-Widziałaś to?! Uderzyła mnie kijem golfowym! Oni są nienormalni... 
  Usiadłam naprzeciwko niej miętosząc w rękach poduszkę. 
-Będzie dobrze Zuza...
-Będzie dobrze?! - parsknęłam - Zabierają nas do Niemiec do Berlina do jakiegoś domu publicznego! Będą nas obmacywać niewyżyci mężczyźni, Ivy!
-Gabi jest zadowolona...
-Gabi jest seksoholiczką! I przy okazji jest tępa jak nie wiem co. 
-Uciekniemy stąd.
-Mam już siniaka na policzku, widzisz? - wskazałam na zaczerwienione, samo koloryzujące się już miejsce uderzenia. - Nigdy nie zejdzie...
-Kiedyś tam zejdzie. Zuza, musimy im zabrać telefon, zadzwonić...
-Mam swój, tylko,że wszędzie porozstawiali kamery, tylko nie w tym pokoju... ale...
-To bierz i dzwoń do kogoś!
-Boję się, na pewno policja nasz szuka.
-Szukać to na pewno szuka, chodzi o to, że trudno nam będzie tam przeżyć... wiesz... w tym Berlinie...
-Przestań o tym tak mówić pozytywnie bo oszaleję! - krzyknęłam i wybiegłam z domu.
  Trafiłam na Iwa, złapał mnie i ściągnął na dół do piwnicy. Zaczął mnie rozbierać, dobierał się do mnie a ja krzyczałam. W końcu wyrwałam się mu i kopnęłam go w czułe miejsce. Jęknął, ale szybko się podniósł i widziałam tylko jego czerwone, przepełnione złością i bólem oczy. 
  Kopał mnie, bił, rzucał... byłam jak worek treningowy. 
  Uciekłam ledwo co stając na nogi, zamknęłam się w pokoju i cała posiniaczona czekałam na przybycie swojej przyjaciółki Ivy... Drzwi się otworzyły, spojrzałam się w stronę wchodzącej Ivy, ale zamiast niej zjawiła się cała posiniaczona dawna przyjaciółka... Cassidy...

poniedziałek, 14 września 2015

Od Scotta

Minęły dwa dni odkąd rozmawiałem z nim. Byłem właśnie w tej starej katedrze. Derek nic nie wiedział. Gdyby sie dowiedział.. przetrzymał by mnie nawet wbrew mej woli. Dla niego liczyło sie tylko to by przytrzymać mnie przy życiu bym kiedyś kiedy byłbym wystarczająco silny zabił Śmierć i zajął jej miejsce.
Ale czy teraz kiedy stałem się hybrydą wszystkich nadnaturalnych istot.. nadal mogę zastąpić Śmierć?
Nie wiem.. dziś i tak zakończę to wszystko.
Nie czekałem długo.. p[o chwili sie zjawił.
-Masz jeszcze szansę się wycofać Scott.
-Nie skorzystam z niej.
-A więc dobrze.
Zrobił parę kroków w moja stronę.
-Nie. Najpierw chcę mieć dowody na to że Zuza jest wolna i szczęśliwa że twoje macki jej nie sięgają oraz nie dzieje jej sie krzywda.
-Podaj mi rękę a ci pokażę.
-Nie. Nie jestem głupi. Sztuczka umysłu i będę myślał że jednorożce istnieją a po ulicy biegają małe krasnale.
-Nie głupi jesteś.. Przydasz mi sie w zastępach.
-Najpierw zabierz mnie do Zuzanny. Porozmawiam z nią.
-Nie będziesz z nią rozmawiać.
-Jedno pytanie.
-Jakie?
Nie mogłem sie zawahać ani mieć chwili na zastanowienie jednak musiałem skłamać tak by sie nie domyślił.
-Czy na prawdę mnie kocha.
-A po co Ci to wiedzieć? I tak jej więcej nie zobaczysz.
-Chce tylko usłyszeć odpowiedź.
-Dobrze. Daj mi 24 godziny.
-Po co Ci tyle? Nie możesz mnie teraz do niej zabrać.
-Muszę przecież ją przygotować.. pozabierać wszystkie moje "macki" jak to sam powiedziałeś.
-Dobrze. Równo za 24 godziny w tym samym miejscu. Powiesz mi gdzie na jest.. ja nas teleportuje.
-Skąd pomysł że Ci zaufam? Przecież możesz nas teleportować gdzie chcesz na przykład w zasadzkę w której podstępem pozbawisz mnie życia i zajmiesz moje miejsce?
-Nie martw się.. nie mam tyle siły a żeby się jeszcze osłabić zranię się.
-24 godziny.. idź nacieszyć się wolnością..-i znikł.
Odetchnąłem głębiej. Wszystko dla Zuzy..

niedziela, 13 września 2015

Od Zuzi

  Christian był niebezpieczny i nieprzewidywalny. Teraz wszystko się okazało, teraz bałam się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie wiem czemu Christian nie mógł pozwolić mi być przy nim skoro umowa była taka a nie inna... Pogubiłam się w tym wszystkim... Co się stanie ze Scottem? Martwię się o niego... Był taki porywczy przed moim odejściem... ciekawe, czy o tym wie? Czy wie, gdzie jestem...? Może myśli, że jestem wolna? Może to i dobrze...
-Zamknąć mordy! - usłyszałam głos Leny.
  Lena jest partnerką Louisa i Iwo. Ta grupka ma porwać i przewieźć młode dziewczyny do Niemiec lub Szwecji za grube pieniądze do klubów nocnych/domów publicznych. Ja jestem ofiarą, która została wydana przez Christiana w ręce tych właśnie ludzi.
  Dziewczyn było siedem, każda z nas miała od osiemnastu do dwudziestu jeden lat,ja byłam najmłodsza. Za dwa dni kończyłam osiemnaście.
  Ivy wstała z zimnej podłogi, ze swojego cienkiego koca na którym spała, krzyczała, prosząc o pomoc, a potem dostała w twarz od Iwo.
  Teraz siedzieliśmy w jakiejś opuszczonej szopie na odludziu prawdopodobnie za San Francisco. Nie wiem co i jak, czy ktokolwiek próbuje mnie szukać. Odebrali nam telefony, oczywiście ja swój odebrałam ze skrzynki w której był cały zbiór komórek. Nic nie zauważyli. Własnie je wyrzucają do pobliskiego rowu, pewnie dlatego, żeby żaden z rodziców czy kogoś z bliskich osób dziewczyn nie poszedł na policje, wtedy pewnie znaleźli by nas po analizie w jakim miejscu się znajdujemy czy znajdowaliśmy ileś tam czasu temu.
  Mój telefon miał jedną kreskę baterii, był starą nokią, którą dostałam tylko po to by komunikować się ze Scottem. Teraz wyłączyłam go by nikt mnie nie zdradził dzwoniąc do mnie.
  Zbieraliśmy się, wpakowali nas do środka mini ciężarówki wiążąc ręce i nogi, taśmą zaś zakleili nam twarze. Dziewczyny przerażone piszczały, krzyczały i nie dawały się złamać, jednak piątka naszych porywaczy tylko się śmiała (zjawił się jeden starszy mężczyzna, około pięćdziesięciu lat i drugi około trzydziestki).
-No,no, czeka was świetlana przyszłość. - zaśmiała się Lena.
  Katie, dziewiętnastoletnia, zgrabna swoją drogą dziewczyna wyglądała na słabą. Każda z nas była osłabiona, nie karmili nas prawie, a jesteśmy tu trzy dni. Zdążyłyśmy nauczyć się zasad by nie zostać pobitym czy co gorsza w sposób brutalny - ukaranym.
  Na mnie skupiał się trzydziestoletni, przystojny i wysportowany kapitan całego tego chorego pomysłu - Iwo. Może i był przystojny, ale dla mnie zawsze będzie widniał obraz Scotta. To co, że podobał mi się od kiedy przeprowadziłam się obok niego. Ale co ja zrobię? Nigdy bym nie podeszła do faceta. Nikomu o tym nie mówiłam... nawet swojej przyjaciółce Cassidy. Właśnie... ciekawe, czy ona również się martwi...?
  No i ruszyliśmy dalej.

  Postój zaliczyliśmy po trzech godzinach jazdy. Każda dziewczyna dostała swój posiłek, chociaż trochę, a ja nic. Widocznie Iwo coś na mnie szykował, a ja bałam się coraz bardziej. Może chcą mnie zagłodzić...?
  Na noc zatrzymaliśmy się w opuszczonej fabryce na jakimś polu. Wszystkie poszłyśmy się położyć spać, jak nam kazali porywacze. Spałyśmy na kocach i jakiś małych poduszkach. Nagle poczułam jak ktoś schodzi na dół po kamiennych schodach i zbliża się w moją stronę. Przestałam oddychać, wystraszona patrzyłam tylko przed siebie, czując za sobą czyjś oddech, słysząc kroki.
  Ktoś przesunął ręką po moim udzie idąc w górę, zatrzymał się przy moich piersiach. Nagle zakrył mi usta, a ja zaczęłam krzyczeć, a raczej próbowałam. Szarpałam się, on mnie uderzył tak, że rozciął mi wargę. Cała była zakrwawiona. Potem uderzył mnie w okolice oka, można powiedzieć, że w brew. Pojawiły się siniaki i krew.
  Ktoś zszedł na dół z latarką i ściągnął ze mnie, jak zauważyłam dopiero teraz - Iwa. Lena okrzyczała go, ale śmiała się ze mnie.
-Zgwałcisz ją później. - odeszła z Iwem na górę.
  Musiałam jakoś się stąd wydostać... tylko... jak...?

czwartek, 3 września 2015

Od Scotta

Dni mijały a ja czułem sie tak jakby zabrano mi sens życia. Derek był cały czas przy mnie... zmieniałem się. Powiedział mi że jestem teraz chimerą. Co to takiego? To taki miks wszystkich istot nadnaturalnych. Jestem wampirem, wilkołakiem, Śmiercią i jeszcze czymś tam czego nie ogarniam. Trochę sporo tego. Czułem pustkę w sercu. Zuza odeszła.. Nie mogłem tego znieść. Musiałem ja odzyskać. Jednak Derek kategorycznie zabraniał mi działać. Twierdził że muszę opanować to czym sie stałem i nadal staje. A ja nie chciałem być tym. Wolałem być normalnym człowiekiem z normalnymi ludzkimi problemami.
-I co teraz jako że jestem też wampirem to będę spał w trumnie w czasie dnia a w nocy latał po lesie jako wilkołak? -burknąłem.
-Nie. Wampiry nie śpią w trumnach jednak światło dnia będzie ci dokuczać. Nie będziesz biegał każdej nocy jako wilkołak ale pełnia będzie wyzwalać w tobie wilka. Oczywiście poza pełnią też będziesz mógł sie przemieniać. Będziesz nieludzko szybki, zwinny. Lepszy słuch, węch i wzrok. Jest sporo zalet ale i są wady.
-Ja widzę jedną.. największą. Nie jestem człowiekiem!
-Masz humorki jak baba. Taki sie naprawdę urodziłeś. Od przeznaczenia nie ma ucieczki.
-W takim razie nie powinienem się urodzić. Było by o wiele lepiej.
Derek pokręcił głową i wyszedł z pokoju... a raczej piwnicy która robiła za mój pokój.

Co zasnąłem to śniła mi się Zuzanna. Musiałem ją uwolnić. Za wszelką cene. Kiedyś Derek powiedział mi że jako następca Śmierci mam z nia silny kontakt mentalny.
Derek gdzieś wyszedł. Wyczułem to. Zamknąlem oczy i skupiłem się. Przeniosłem swojego ducha do miejsca gdzie był mój wróg.
-Scott nie spodziewałem się że mnie odwiedzisz jeszcze.
Zuzanny nie było w pobliżu.
-Chce zawrzeć z tobą pakt.
-Interesujące... Mów dalej.
-Ja za Zuzanne. Onna nie jest ci potrzebna. A ja jestem ciągłym zagrożeniem dla ciebie jako twój następca. Ty obiecasz że nigdy nie ruszysz Zuzy, zostawisz ją w spokoju. A ja oddam się w twoje ręce i odstąpie od zastąpienia twojego miejsca.
-Jesteś zabawny i głupi jednak szlachetny także.
-To jak?
-Jesteś gotowy podpisać cyrograf ze Śmiercią skazując siebie na wieczne potępienie by jedna dziewczyna.. Mogła byś wolna i szczęśliwa?
-Tak jestem gotowy.
-Za dwa dni w starej katedrze. Masz byś sam. Nikomu nic nie mów. Tak sie spotkamy. Równo o północy.
-Dobrze.
-Do zobaczenia szlachetny Scott'cie.
-Do zobaczenia...
Znikłem wracając do swojego ciała. Tak było lepiej... Poświęce się dla wyższego celu. I tak byłbym beznadziejną Śmiercią-chybrydą. A tak.. Przynajmniej zginę dla kogoś. Kogoś... Kto jest dla mnie ważniejszy niż życie. Dla Zuzanny.