piątek, 21 sierpnia 2015

Od Zuzi

 Już szczerze zaczęłam wierzyć w to, że stąd nie wyjdę. Miałam przewidzenia, psycholog przychodził do mnie codziennie, byłam traktowana jak jakiś specjalny pacjent. Nie dość, że byłam podejrzana o to zabójstwo, to jeszcze mój prawnik nie wie jak z tego wybrnąć. Gówno prawda, że najlepszy. Chodziło mu o kasę, a resztę ma w dupie. Straciłam wiarę w to, że mogłabym jeszcze ujrzeć światło dzienne. Nawet mnie nie wypuszczają z celi. Uważają, że jestem zbyt agresywna, mogę kogoś zaatakować. Pierdolenie. Jak zwykle zresztą.
  Nawet nie czekałam już na wizytę matki. Ojca szczególnie, byłam w stu procentach przekonana, że mnie nie odwiedzi. Przecież i tak jest alkoholikiem który ledwo co poszedł na odwyk. Co on mnie obchodzi? Od razu jak znormalniał poleciał do mojej matki, która wytarła w niego łzy. Nienawidzę go. Moja matka zresztą sama mnie odrzuciła po tym, jak policjanci skuli mnie w kajdanki i zabrali z mojego dawnego domu. Na zawsze zapamiętam twarz mojej mamy gdy policjant powiedział mi, że jestem podejrzana o zabójstwo. Te łzy w jej oczach... czułam jak wszystko we mnie pęka, wszystko się zawaliło. Zraniłam moją matkę, to było przegięcie... Jej cierpienie złamało mi serce, wypaliło ze mnie wszystkie uczucia. Nawet już nie tęsknię. Na pewno jest jej lepiej, skoro najwyraźniej o mnie zapomniała.
  Zjawił się Weaving, mój lekarz. Stał przed moją celą i patrzył się na mnie z lekkim uśmiechem. To jedyna osoba która jest wobec mnie w porządku. Rozumie mnie i mój stan w jakim się znalazłam. Nawet cieszyłam się, że go widzę. Zawsze przynosił jakieś dobre wieści. A jeśli były złe, to przekazywał mi je na spokojnie. Nie co ten pieprzony policjant Whishaw. Tego to postrzelili chyba w mózg, bo zdaje się, że albo go nie ma, albo nie umie go używać.
-Masz gościa.
  Gościa?
  ''GOŚCIA''?
  Tak dawno nie miałam tu gościa. Do tej pory byłam tylko ja, cela i nikt więcej. Weaving mnie zaskoczył, w sumie nie pierwszy raz.
  Do celi wszedł mój prawnik. Musiałam go w końcu zmienić, był do dupy. Miał na sobie czarny, markowy, drogi garnitur i czerwony krawat. Nienawidziłam krawatów, u niego wyglądał wyjątkowo paskudnie.
-Zuzanno...
  Spojrzałam się na niego z nienawiścią. Spuścił wzrok.
  I dobrze.
-Sprawa jest za godzinę, muszę cię zabrać.
  Po miesiącu siedzenia w celi wreszcie mam szansę nacieszyć się słońcem, lub brzydką pogodą. Nie wiem jak jest na zewnątrz, już zaczynała mnie boleć głowa od siedzenia w czterech, tych samych ścianach.
  Wsiadłam do czarnego volvo mojego prawnika. Byłam zmarnowana, wory pod oczami, sińce na nogach i rękach, które brały się nie wiadomo skąd. Blada twarz, bardziej niż zwykle. No tak, jeszcze te potargane, puszyste, okropnie pokręcone włosy... Szkoda słów.
  Jednak w sądzie udało mi się wymknąć do łazienki i doprowadzić chociaż włosy do stanu w którym mogłam jeszcze się pokazać na sali sądowej.
  Stres? Oczywiście. Druga sprawa w której mój prawnik nic nie udowodni sędziemu ani ławie przysięgłych. Standard. Czy mogłam nazwać swój obecny stan stresem...? Przecież doskonale wiem co będzie po rozprawie. Ta sama gadka co zawsze.
-Zuzanna Lawrence jest oskarżona o...
  No i tą wersje zna każdy. Odpuśćmy sobie słuchanie tego samego. Wszyscy wiedzą, że to ja wywołałam pożar, zabiłam rodziców tej małej dziewczynki która nic a nic mnie nie obchodzi. Wyzbyłam się uczuć, jestem jak pusta puszka po coli. Jedyne co, to można mnie wyrzucić do śmieci.
  Sprawa ciągnęła się w nieskończoność, mój prawnik radził sobie jednak lepiej niż wcześniej. Co go odmieniło?
  Zbliżył się do sędzi, szepnął mu coś na ucho, i nagle sędzia jak wryty powoli wrócił na krzesło, tak jak siedział, złapał swój ''młotek'' i uderzył, kończąc sprawę. Ława przysięgłych zaszokowana aż wstała, zaniemówiła i znów usiadła. Mój prawnik zadowolony, z tajemniczym uśmiechem na ustach wyszedł z sali zabierając mnie ze sobą.
-Będą cię ścigać.
-Co? Czemu sprawa się zakończyła?
-Sprawa zakończona, ale w psychiatryku musisz siedzieć. Ja ci nie pomogę.
-Co się dzieje? Wyjaśnisz mi to?!
-Słuchaj. Scott i ty jesteście w niebezpieczeństwie.
-Skąd wiesz o Scott'cie?
-Wiem więcej, niż ci się wydaje. Teraz odwiozę cię do szpitala. On może cię wyciągnąć.
-Ale kim jesteś? Co Scott ma do tego?
-Jest tym, kim ja jestem.
-Jak to?
  Uśmiechnął się kącikiem ust.
-Kimś, kto ma władzę, rozumiesz?
-Nie.
  Odwiózł mnie do szpitala.
  Kto będzie mnie ścigać? Co ze Scottem? Co się do cholery dzieje...?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz