sobota, 8 sierpnia 2015

Od Zuzi

 W szkole czekałam w umówione miejsce.Minęły te dwa dni... Miałam porozmawiać z Michaelem, stawał się dla mnie milszy, przepraszał mnie... dziwiło mnie to. Czegoś bardzo chciał. Był w sumie w ostatniej klasie, wyszedł z poprawczaka rok temu... Niebezpieczny typ.
  Podszedł do mnie sam, bez swoich kolegów. W sumie była szósta, nikogo w szkole nie było.
-Chodź do lasu.
-Co?!
-Tutaj są kamery.
  Poszłam za nim tam gdzie kazał. Stanęliśmy, Michael z uśmiechem złapał mnie za łokieć z całej swojej siły. Przestraszyłam się.
-Czego chcesz?
-Ja mam kuratora. Nie mogę sobie pozwolić na żaden zły ruch...
-O co chodzi?
-Musisz dla mnie coś zrobić. Dziewczyna ze swoim chłopakiem wpakowali mnie do poprawczaka... nie daruję im tego, ale ktoś musi zrobić za mnie całą robotę. Masz ich zabić.
-Co!?
-Inaczej ja załatwię ludzi, którzy zajmą się twoją matką odpowiednio. - uśmiechnął się.
-Chory jesteś! Boże! - szepnęłam.
-Zrobisz to.
  Spojrzałam na niego.
-Tak... zrobię... - westchnęłam.
-Masz na to miesiąc.
  Odszedł a ja odprowadziłam go wzrokiem. Spojrzałam jeszcze, czy nikogo tu nie ma. Nie, jest czysto.
  Michael potem podał mi dokładne dane dziewczyny i chłopaka. Maja ma dziewiętnaście lat, a Kosper dwadzieścia. Musiałam to zrobić... niestety. Bałam się, ale dam radę.
  Mieszkają w Forks, to szmat drogi stąd. Około dwóch godzin. Nikomu o tym przecież nie powiem, gdzie jadę ani nic z tych rzeczy. Cass mnie nie zawiezie, zrobię to po kryjomu.
  Wymyśliłam... To nie najlepszy pomysł, ale jedyny jaki jest możliwy.

  W domu mamy nie było. Jutro sobota, więc mam czas na przemyślenia i szybkie działanie. Najpierw sklep, ale to dopiero na miejscu. Dwie rzeczy miałam w ''kieszeni''. Michael załatwił mi broń. Schowałam je w plecaku.
  Usiadłam w pokoju. Mama wyjechała na weekend, mam luz. Spojrzałam się na lustro które było naprzeciwko.
-Boże. Na co ty się zgodziłaś...? - pomyślałam.
 Późnej nocy ubrałam się tak, by być niezauważoną. Można by powiedzieć, że jestem w stroju nindży. Bo tak było... Miałam na sobie taki strój, śmiesznie w nim wyglądałam, ale za razem moja sylwetka i figura... to było wyraźniejsze jeszcze bardziej niż zwykle.
  Przestałam się bać... mój mózg był tak zrezygnowany, tak zadręczony i wymęczony... że było mu wszystko jedno co robię, ważne, że będę  miała spokój.
  Wszystkie światła w moim domu pogasiłam, ogrodowe też. Wyjrzałam przez okno. Scoot ma zgaszone w swoim pokoju, widocznie wszyscy śpią. Obeszłam jego dom i podeszłam pod jego okno po drodze wiążąc czarne sznurówki czarnych trampek za kostki. Wyprostowałam się, zastanawiałam, jak mogę zwrócić jego uwagę. Tak, muszę uciec z miasta w nocy. Wszyscy mnie znają z kawiarni. Miałam wszystko pięknie zaplanowane, czułam się jak prawdziwy złoczyńca. Wiedziałam, że robię źle, powinnam komuś powiedzieć... ale moja mama jest w niebezpieczeństwie, w tym ja i całe moje życie. To jest jeszcze głupsze, nierozsądne i w ogóle przechodzi ludzkie pojęcie. Ale musiałam. A Scoot tylko pomoże dostać mi się do Forks... nic nie będzie wiedzieć.
  Niczym nie mogłam rzucić w jego okno. Nie miałam jego numeru, no nic. Myślałam dłużej, nadal nic nie wymyśliłam. Pochodziłam po ulicy. Podniosłam trzy korki od coli, przeszłam cicho i zwinnie przez jego płot i przygotowałam się do pierwszego rzutu w okno. Pierwszy. Klasa! No elegancko trafione! Drugi korek... też trafiony. Scoot nadal spał, albo coś. Cisnęłam korkiem prosto w samo okno i wtedy po kilku sekundach otworzył je Scoot. Spojrzał na dół. Zaskoczony, zaspany i zdziwiony nawet nie wiedział co powiedzieć.
-To ty? - zdziwił się i mrużył oczy.
-Możemy pogadać? - szepnęłam. - Potrzebuję twojej pomocy...
-Mojej?
-Tak.
  Zaskoczony zszedł po cichu na dół i otworzył drzwi. Nie zapalał światła. Weszliśmy do pokoju gościnnego, zapalił światło i spojrzał na mnie.
-Co robisz pod moim oknem w stroju nindży o drugiej w nocy?
-Podwieziesz mnie do Forks?
-Słucham?
-Potrzebuje pomocy, właśnie od ciebie.
-Ale kiedy chcesz jechać?
  Spojrzałam na niego znacząco.
-Teraz?! - szepnął tłumiąc w sobie krzyk. - Boże... Jesteś nienormalna. - zaśmiał się.
-Naprawdę potrzebuje pomocy, nikt inny nie może wiedzieć, że... że wyjadę na kilka dni...
-Kilka dni?
-Zrobisz to? Chyba, że... no nie wiem... - spytałam.
-Em... Ech... No... Jezu, dobra. - parsknął. - Ubiorę się...
-Masz prawo jazdy? - spytałam jeszcze.
-Mam, ale samochodu nie za bardzo.
-Załatwię. Czekaj na zewnątrz.
  Wyszłam i wróciłam z samochodem mamy. To czarny terenowiec, który mama mi kupiła na osiemnastkę.
-Skąd tak szybko wytrzasnęłaś samochód? - spytał podchodząc do mnie.
-To mój przedprezent.
-Przedprezent? - powtórzył.
-Wiem, czujesz, że rozmawiasz z jakąś kosmitką...
-Nie codziennie spotyka się dziewczynę pod oknem która rzuca w nie korkami od coli przebrana za nindżę.
  Przemilczałam to i weszliśmy do samochodu.
  Złapał za kierownicę i zaśmiał się.
-Nie wierzę, że się na to zgodziłem. Nie znam cię prawie! Nawet twojego imienia...
-Zuzia. - przedstawiłam się szybko. - Twoje imię znam... - szepnęłam.
  Uśmiechnął się.
-Nie wierzę w to co robię..
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na drogę.
-Pamiętaj. Nie widziałeś mnie... dobrze?
-Ale czemu? Chodzi o Michaela? Tego typa, który się na ciebie uwziął?
-Nie,nie... W ogóle.. skąd wiesz, co mi robi?
-Cała szkoła o tym mówi... Poza tym nikt Ci nie pomaga..
-Boją się, nie chcą się angażować... może to i lepiej. Więc nie widziałeś mnie, nie znasz mnie za dobrze... jakby ktoś pytał. No i w Forks zostawiasz mnie samą.
-Przecież... jezu, ja cię nie znam! - zaśmiał się znowu.
  Ja nic nie powiedziałam. Zgrywałam tajemniczą, to wychodziło mi najlepiej w tej chwili.
  Ruszyliśmy w tą chorą, pozbawioną sensu podróż. W sensie.. pozbawioną sensu dla Scoota.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz